
Polskie społeczeństwo się starzeje. To fakt. W naszym kraju starsze osoby szybko odchodzą z rynku pracy - średnio w wieku 58 lat. Niewielu z nich angażuje się w wolontariat albo działa na rzecz społeczności loklanej. Ich zaangażowanie społeczne jest dwu-, trzykrotnie mniejsze niż w innych krajach Europy Zachodniej. Zaledwie co siódmy z nich korzysta z jakichkolwiek form zdobywania wiedzy. To tylko kilka alarmujących danych z „Raportu o Kapitale Intelektualnym Polski“ przygotowanym przez Zespoł Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów Michała Boniego. Seniorzy stanowią niezwykły i niewykorzystany kapitał społeczny. Mają wiedzę doświadczenia, czas, a coraz częściej także dużo energii do działania. Podczas gdy np. w Stanach Zjednoczonych seniorzy są aktywnymi członkami społeczności, działają w lokalnych stowarzyszeniach i klubach, w Polsce – to wciąż grupa mało „wykorzystana“. Czy osoby 55+ mogą być autorami i aktywnymi uczestnikami edukacji kulturalnej? Czy mogą przekazywać swoją wiedzę, czas i pomysły młodszemu pokoleniu? Jaki jest sens działań międzypokoleniowych i czy one mogą się udać? W tym wątku zapraszam do dzielenia się doświadczeniami w działaniach międzpokoleniowych.
Pracoholizm emeryta
„Nowi ludzie, nowe wyzwania, sporo obowiązków. Żeby wszystko dokładnie zaplanować, musiałam po raz pierwszy w życiu kupić sobie kalendarz” – tak o swojej emeryturze opowiada Danuta Miczulska z Nowosolskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku.
> Czy na emeryturze można wreszcie usiąść na kanapie i zająć się odpoczywaniem?
Chyba Pani żartuje. U mnie jest zupełnie odwrotnie.
> Nie czyta Pani zaległych książek. Nie ogląda filmów, na które wcześniej nie było czasu? Przecież wszyscy powtarzają, że właśnie tym zajmą się na emeryturze.
Teraz też nie narzekam na nadmiar czasu. Coś nawet przyznam. Kiedy pracowałam zawodowo, zawsze udawało mi się zaplanować wszystkie obowiązki, mimo że nie miałam kalendarza. Gdy przeszłam na emeryturę, okazało się, że różne zajęcia narosły wręcz w tempie geometrycznym! Aby je okiełznać i o niczym nie zapomnieć, musiałam po raz pierwszy w życiu kupić sobie kalendarz.
> Jest Pani nauczycielką informatyki. Na emeryturę przeszła Pani we wrześniu 2007 roku. Nie bała się Pani tego momentu?
Trudno się do tego przyznać, ale owszem, bałam się. Ba, przez parę lat na samą myśl o emeryturze czułam taki niepokój, że kiedy ktoś pytał, jakie mam plany na emeryturę, w ogóle nie chciałam odpowiadać. Tak jakby ten temat kompletnie mnie nie dotyczył. A przecież dotyczył, tak jak każdego.
> Przygotowywała się Pani jakoś do tej nowej roli?
Długo martwiłam się, jak zniosę tę zmianę. Jestem energiczna i nie chciałam siedzieć na kanapie przed telewizorem. Z jednej strony, wiedziałam, że nie zabraknie mi obowiązków, bo mam dom, którym trzeba się zająć – starszych rodziców i pochłoniętego pracą męża. Z drugiej, obawiałam się pustki, która nagle pojawi się w moim życiu w miejscu szkoły. Często rozmawiałam o tym z koleżanką, która odeszła na emeryturę rok przede mną. Cały czas powtarzała: „Zobaczysz, coś wymyślimy”. Miała rację. Ona zaangażowała się w świetlicę Caritasu, a mi, jeszcze wtedy pracującej, jak z nieba spadł Nowosolski Uniwersytet Trzeciego Wieku. Powstał na wiosnę, w ostatnim roku mojej pracy. Zaczęłam prowadzić tam kursy z informatyki.
> Nowe wyzwanie na sam początek emerytury?
Ludzie, którzy kończą pracę, często obawiają się, że są po prostu za starzy na jakieś nowe doświadczenia. Też się nad tym zastanawiałam. Kiedy pokazałam próbną wersję wniosku dyrektorowi szkoły, stwierdził, że muszę jeszcze nad nią popracować. Ale pomyślałam wtedy: „Dam radę. Przecież tyle razy uczyłam się nowych rzeczy”. Podjęłam wyzwanie, poprawiłam wniosek. Udało się. W pierwszym roku emerytury zaczęłam więc sprawdzać się jako koordynator projektu. Prowadziłam nadal zajęcia komputerowe dla słuchaczy UTW. Tak mi się to spodobało, że postanowiłam działać dalej. Wystartowałam w kolejnym konkursie i znowu mi się powiodło.
> Tym razem projekt dotyczył różnych środowisk.
Wolontariusze z UTW prowadzą teraz warsztaty dla dzieci z trzech świetlic. Są zajęcia plastyczne, kursy gotowania, wspólne powroty do historii, opowiadanie bajek. Ale kiedy już skończy się ten projekt, będę działać nadal. I tak właśnie moja emerytura, której przecież się bałam, zaczęła się kręcić.
> Nie za dużo czasem tego kręcenia się? Ma Pani sporo obowiązków.
Bez „kręcenia się” umarłabym z nudów. Dlatego, mimo że sama nie prowadzę warsztatów dla dzieci, cały czas jestem obok innych wolontariuszy. Pomagam, inspiruję, robię zdjęcia, dokumentuję nasze działania, organizuję wycieczki. I ciągle myślę o następnych akcjach. Mam sporo pomysłów, ale one same nie wystarczą. Potrzebni są jeszcze
ludzie, którzy zaangażują się w wolontariat. Nawiązuję więc nowe kontakty, dzwonię do znajomych, pytam, kto chciałby się przyłączyć do naszych akcji. Gdyby okazało się, że jakiś kolejny pomysł wypali, mogę od razu zacząć działać. Czasem czuję się nawet, jakbym na emeryturze robiła kolejne studia – z zarządzania projektem i wolontariuszami.
> Czy to, co robi Pani teraz jest fajniejsze od pracy?
Trudno to porównać. Kiedy uczyłam w szkole, na nic nie było czasu. Rano uczniowie, wieczorem dom z trójką dzieci.Do tego kolejne kursy zawodowe. Studiowałam elektrykę, więc kiedy pod koniec lat 80. do szkół technicznych weszły lekcje informatyki, musiałam się doszkolić. Wtedy komputery wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj. Podłączało się je do telewizorów. Biegałam więc z tym komputerem do domu, uczyłam się. Komputery zmieniały się, brałam udział w różnych szkolenia z informatyki i było sporo stresu. Potem w latach 90. poszłam nawet na studia podyplomowe z informatyki. Dopiero na emeryturze to się zmieniło.
> I mogła się Pani zająć czymś zupełnie nowym...
Tak. Zaczęłam też pomagać innym, a przy okazji poznawać nowych ludzi. Na przykład na Krystynę, wolontariuszkę z UTW, która prowadzi dla dzieci warsztaty z gotowania, wpadłam dzięki kursom komputerowym dla seniorów. Inaczej pewnie nigdy byśmy się nie spotkały, a okazało się, że Krystyna świetnie dogaduje się z dziećmi. Inny uczestnik naszego projektu przedstawił mi się na zebraniu UTW. Okazało się, że tak naprawdę po raz pierwszy poznaliśmy się jeszcze jako uczniowie podstawówki. Później przez całe życie nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Teraz działamy razem.
> W projekcie „Seniorzy dzieciom” zebrała Pani kilkunastu słuchaczy z NUTW, aby poprowadzili zajęcia dla dzieci z trzech nowosolskich świetlic. Trudno zachęcić rówieśników do wolontariatu?
Na początku wcale nie byłam pewna, czy uda mi się uzbierać większą grupę wolontariuszy. Przecież wszyscy mają swoje rodziny, domy, wnuki. Nie wiedziałam, czy będą mieli czas i siłę, żeby pracować z dziećmi. Okazało się, że wystarczyło rzucić pomysł wolontariatu, żeby inni emeryci zaczęli zastanawiać się, jak mogą się przydać. Zebrałam w sumie kilkanaście osób. Są wśród nich emerytowani nauczyciele.Przez całe życie pracowali dla innych i na emeryturze bardzo im tego brakowało. Dlatego chętnie zaangażowali się w projekt. Część wolontariuszy-seniorów dzięki zajęciom z dziećmi na co dzień spełnia się w roli dziadków czy babć. Ich własne dzieci i wnuki mieszkają w innych miastach,
czasem nawet zagranicą. Widują się rzadko. A dzieci ze świetlic potrzebują ciepła, odrobiny babcinej energii albo dziadkowego humoru.
> Wolontariusze i dzieci dobrze się rozumieją?
Potrzeby tych dwóch pokoleń świetnie się uzupełniają. Zajęcia z gotowania, opowiadania bajek czy szukania swoich korzeni okazały się strzałem w dziesiątkę. Starsza miłośniczka kuchni potrafiła doskonale zaspokoić kulinarną ciekawość dzieciaków, których rodzice nie mają czasu na gotowanie i wyjaśnianie im wszystkich intrygujących dla nich spraw dotyczących kuchni. Znawcy historii Nowej Soli zachęcili do szukania korzeni swoich rodzin. Sami też znaleźli słuchaczy dla swoich opowieści, bo okazało się, że dla dzieci to coś szalenie ciekawego, a w domach rzadko się o takich odległych sprawach mówi. Czasem też na dzieci trzeba było znaleźć sposób. Na przykład wolontariuszka prowadząca zajęcia plastyczne podbiła serca dzieci szykując dla nich ciekawe, kolorowe materiały.
> Wolontariusze nie bali się, że są z innego świata niż mali wychowankowie świetlic?
Były takie lęki, ale szybko prysły. Nie chodzi o to, żeby myśleć i zachowywać się tak samo. Trzeba po prostu dobrze się rozumieć. A dzisiejsi emeryci są bardziej nowocześni niż ludzie kilkadziesiąt lat temu. Wysyłają maile, używają aparatów cyfrowych, rozmawiają z wnukami przez skype’a. Jest u nas na przykład kilkoro panów i pań, którzy zostali wolontariuszami-paparazzi – fotografują wszystkie zajęcia z dziećmi, potem przesyłają zdjęcia na maile. Bywa, że wszyscy mamy zapchane skrzynki! Wolontariusze lubią to robić, a dzieci lubią później oglądać taką dokumentację. Przy okazji jedni i drudzy mogą zacząć międzypokoleniową rozmowę choćby od tematów związanych z fotografią cyfrową
czy internetem. Potem łatwiej jest przejść do innych spraw.
> Z czym wolontariusze mają problemy?
Czasem narzekają na brak czasu. Bardzo poważnie podchodzą do zajęć z dziećmi. Przygotowują się, kupują przybory, wymyślają plan spotkania. Zajmuje im to kilka godzin dziennie. Jednak na koniec większość czuje satysfakcję. Przyznają też, że im więcej zajęć, tym więcej można zdziałać. Kiedy nie ma się obowiązków, czas przecieka przez palce.
> Wolontariusze świetnie poradzili sobie z dzieciakami.
Część z nich na początku obawiała się też, czy poradzi sobie z opanowaniem kilkunastoosobowej grupki. Niektórzy więc pracują parami albo proszą innych wolontariuszy o pomoc. Dzieciaki czasem rozrabiają, ale kiedy seniorzy widzą ich uśmiechnięte buzie, mówią, że muszą ten wolontariat ciągnąć dalej. Ja też stale powtarzam, że to bardzo fajna sprawa.
> Skąd biorą na to wszystko siłę?
Na emeryturze wreszcie mamy czas, żeby porządnie zadbać o kondycję. Co tydzień razem z innymi słuchaczami UTW chodzimy po lesie z kijkami do nordic walking’u. Raz na miesiąc organizujemy zabawy taneczne. Staramy się też nie zaniedbywać badań lekarskich.
> Jest Pani typem sportsmenki?
Możliwe, bo najwięcej energii do działania daje mi mały nałóg, który został nam z mężem z czasów studenckich – rajdy po górach. Dzisiaj, co prawda wytrzymałość już nie ta, co kiedyś, ale są przecież większe możliwości wyjazdów. Staramy się z tego korzystać i co roku ruszamy w Alpy. Proszę mi wierzyć, wejść o własnych siłach na dwuipółtysięcznik to ogromna satysfakcja. A przy okazji, kiedy człowiek podczas takiej wyprawy od wszystkiego się oderwie, przychodzą mu do głowy pomysły na kolejne działania i projekty. Mój mąż śmieje się nawet, że na emeryturze na dobre dopadł mnie pracoholizm.
> I co Pani na to?
Ja twierdzę, że tu nie chodzi o pracoholizm. To frajda z tego, co się robi i tyle.


Polski
Kwestia przestrzeni publicznej - czy istnieje czy nie istnieje? - wciąż jest jednym z bardzo popularnych tematów dyskusji o przestrzeni miejskiej.
ZASP zbiera podpisy pod apelem w sprawie wstrzymania prac nad poprawkami do uchwały „o zmianie ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej i innych ustaw dotyczących zmian prawa kultury".













