Werdykt ostatniego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni skłania do powątpiewania, czy aby głoszone przed rokiem opinie o "odrodzeniu się" polskiego kina nie były czasem przedwczesne...
Oczywiście robi się u nas więcej filmów niż przed laty, ale trzeba zauważyć, że spora część z nich powstaje dzięki determinacji ich twórców, którzy po latach dobijania się o pieniądze, decydują się na pracę za śmiesznie mały budżet - byle wymarzony film ujrzał wreszcie światło dzienne (ot, taki kompromis z samym sobą...). PISF, który przypisuje sobie zasługę za "uzdrowienie" narodowej kinematografii, rozdziela pieniądze w sposób co najmniej kontrowersyjny, co i rusz ściągając na siebie podejrzenia, że w tej instytucji "kolega" daje pieniądze (na film) "koledze"; że tak naprawdę PISF powstał po to, by zaspokoić potrzeby określonej grupy / części środowiska filmowego.
Jakie zatem refleksje po kolejnym festiwalu?...
Trzeba zauważyć, że zagraniczni komentatorzy oceniają najwyżej zupełnie inne filmy, niż te, które zostają nagrodzone... A sam werdykt sprawia wrażenie "kunktatorskiego" i oportunistycznego. Bo proszę mi wytłumaczyć: jakim cudem reżyser "A" dostaje nagrodę za najlepszy scenariusz i najlepszą reżyserię, ale już najlepszy film jest zupełnie inny(ten "gorzej" wyreżyserowany i z "gorszym" scenariuszem...)?... Ba - film reżysera "A" nie jest nawet "drugi" (tzw. "srebrne lwy"...) Czy jest w tym jakaś inna logika, poza obdzieleniem po równo tak, by "ci najważniejsi" byli "mniej więcej" usatysfakcjonowani...?
P.S. Nie wspominając o "namiotowej" gali, oprawionej "okolicznościowo" wstawkami chopinowskimi w większości na poziomie... który można już tylko przemilczeć...


Polski














