reforma w kulturze
tekst napisany w odpowiedzi na artykuł w jednym z miesięczników w Małopolsce
JAK ZREFORMOWAĆ PUBLICZNY SEKTOR KULTURY
Podejmując ten temat, na początku, odniosę się do tekstu (pod tym samym tytułem) zamieszczonego w październikowym - 15 numerze (2008), Miesięcznika MałoPOlska.
Padły tam słowa o potrzebie określenia na nowo roli państwa w kulturze.
Myślę, że dziś jesteśmy już po takim procesie. Po roku 1989 sukcesywnie rozdawano zadania:
Teatry podzielono na samorządowe i państwowe (chodzi tu o Organizatora, tego co „daje” pieniądze, m.in.).
Wzorem zachodu wprowadzono (na początku ostrożnie) dofinansowanie „celowe” – na poszczególne zadania.
Chciano nawet zmierzyć się z problemem ilości instytucji kultury (uważając, że w skali kraju jest ich za dużo).
Napotkano tu – co zrozumiałe - na ogromny opór środowisk twórczych. I zostawiono tę sprawę na bliżej nieokreślony czas. Z perspektywy czasu myślę, że stało się dobrze, bo gdy samorządy przejęły przyznaną pulę instytucji, jakoś sobie poradziły i skończyło się na strachu – skala likwidowanych instytucji w Polsce nie była znacząca.
W miarę postępującego wzrostu gospodarczego w kraju, nakłady na kulturę sukcesywnie wzrastają.
Zgadzam się z autorem, kol. Ryszardem Skrzypczakiem, kultura powinna być jednym z filarów strategii rozwojowych kraju. Obawiałbym się natomiast „odpaństwowienia kultury”, ograniczenia udziału państwa w sferze kultury.
Mecenat państwowy jest gwarantem stabilności i wzrostu nakładów na kulturę. Bałbym się eksperymentowania z podmiotami „hierarchicznie nie podporządkowanymi” instytucjom państwowym lub samorządowym – zwłaszcza w sferze „kasy”.
Od tego mamy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i jego Departamenty, które od jakiegoś czasu coraz sprawniej zarządzają powierzonymi im finansami. (Zwłaszcza, gdy ministrem został znakomity menedżer Bogdan Zdrojewski).
Zgadzam się z postulatem ograniczenia bezpośredniej ingerencji państwa w sferę kultury i jestem za unormowaniem prawnym, różnych podmiotów prowadzących działalność kulturalną. (ale nigdy nie doprowadzimy do pełnej równości w instytucjach kultury np. między publiczną sferą a stowarzyszeniami, bo w kulturze nie ma demokracji, a i specyfika prywatnych zespołów by tego nie chciała). Jednakże należy dążyć do wypracowania możliwie szerokiego dostępu do pieniędzy, dla dobra i różnorodności wydarzeń artystycznych.
Jestem za przejrzystymi zasadami finansowania kultury. Ale jestem za pozostawieniem w instytucjach kultury sektora publicznego stałych dotacji – z zastrzeżeniem: przy ścisłym kontrolowaniu wydatków i dokładnym ich rozliczaniu. Musimy bowiem zabezpieczyć możliwość działania stałych zespołów artystycznych.
Wprowadziłbym natomiast w tych instytucjach finansowanie celowe. Pewna kwota na koszty stałe instytucji, reszta (w części na działania artystyczne) – finansowana grantowo.
Dalej: Jestem za efektywnością działań w kulturze.
Ale boję się powszechnej prywatyzacji. Jesteśmy zbyt ubogim społeczeństwem, by się to udało. (przynajmniej przez najbliższe dwa pokolenia)
Nie widzę w Krakowie instytucji kultury, która generuje wymierne zyski ekonomiczne. I nie znalazłbym długo, nawet, gdyby któraś nastawiona była tylko na komercję. Jeszcze nie te czasy. To właśnie przez komercyjne przedsięwzięcia instytucje te próbują obniżyć straty.
Kultura musi być dotowana, gdyż ceny biletów nie zapewniają zysków, są jedynie częściową rekompensatą za włożony wkład. W całej Polsce dalej dopłaca się do widza.
I dobrze. Gdybyśmy dziś, z dnia na dzień, cofnęli dopłaty do biletów stracilibyśmy widownię.
Nie stać nas jeszcze na realne ceny dostępu do kultury.
Jestem za profesjonalnym zarządzaniem instytucjami kultury, za dokształcaniem kierownictwa, za wprowadzeniem organu doradczo - kontrolnego, jakim może być Rada Programowa czy Powiernicza (wg. nowej ustawy).
Cieszę się, że Kongres Kultury Polskiej podejmuje ten temat i mam nadzieję, że będzie więcej takich jak ja, „zaczepionych” do dyskusji o kondycji instytucji kultury (tych zawodowych i tych - w dobrym, tego słowa znaczeniu - „amatorskich”, edukujących artystycznie nasze pociechy, rozwijających ich talenty i przygotowujących je do smakowania tzw. „sztuki wysokiej” ).
Teraz kilka moich przemyśleń na temat finansowania instytucji kultury:
Sfera kultury jest mi szczególnie bliska z racji wykształcenia i wykonywanego zawodu. A po obserwacjach przekształceń, jakie nastąpiły po przełomie 1989/90 roku uważam, że sektor kultury nie nadąża za zmianami, jakie dokonały się w innych sektorach gospodarki doby wolnego rynku.
Uważam, że wolny rynek powinien mieć wpływ na kulturę, ale sfera działalności kulturalnej powinna wykształcić nowe mechanizmy w dziedzinie ekonomiki oraz szeroko pojętej patronalizacji (tu: poszukania nowych podmiotów współfinansujących instytucje i odpowiedzialnych za organizację życia kulturalnego).
Czy wykształcił te mechanizmy?
Śledząc zmiany w dziedzinie przyznawania dotacji instytucjom artystycznym sektora publicznego (włączając tu instytucje podległe pod Marszałków - a więc dotowane przez państwo, samorządowe i hybrydy – bo są i takie, dotowane przez obydwu organizatorów) można stwierdzić, że pewne działania reformujące są podejmowane.
Coraz częściej i odważniej ogłaszane są konkursy np.: Programy Operacyjne Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego czy Programy Marszałkowskie, Programy Fundacji lub poszczególnych krajów UE, dofinansowujące konkretne przedsięwzięcia artystyczne (dotacje celowe, tzw. granty). Również władze samorządowe wspierają wybrane wydarzenia artystyczne dodatkowymi funduszami. Powinno to mobilizować dyrektorów instytucji artystycznych oraz kierujących projektami, do przygotowania merytorycznego planu danego przedsięwzięcia, opisania go, przekonania komisji przyznających granty o potencjalnych korzyściach wynikających z realizacji pomysłu.
Jednakże podsumowując kilkuletnie działanie tego mechanizmu muszę stwierdzić, że jest to dopiero pół kroku w stronę zreformowania finansowania sektora publicznego.
Teraz postaram się uzasadnić moją tezę:
Dofinansowanie grantami dotyczy (i słusznie) szeroko pojętej działalności kulturalnej, a więc aplikować o nie mogą wszystkie podmioty prowadzące działalność zgodnie z ustawą z 1991 roku (z późniejszymi poprawkami) o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. Są to więc domy kultury, stowarzyszenia, kluby środowiskowe, szkoły, towarzystwa, kluby sportowe. Wypisując te organizacje oparłem się na wynikach naboru aplikacyjnego na stronach internetowych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Województwa Małopolskiego i kilku Fundacji działających w naszym kraju.
(aplikacje „spływały” z całego kraju, w przypadku funduszy marszałkowskich z jednego województwa).
I cóż widzimy.
Instytucji aplikujących z roku na rok jest coraz więcej. Pojawiają się na tej liście duże organizacje, są i te z małych ośrodków miejsko-gminnych.
Domy kultury, stowarzyszenia, kluby środowiskowe, szkoły, towarzystwa, kluby sportowe.
Wśród wszystkich składających wnioski o dofinansowanie – znikomy procent to zawodowe instytucje kultury.
Powodem tego (tu stanę w obronie tych instytucji) jest brak unormowań prawnych które pozwaliłyby tym jednostkom stawać do konkursu o dofinansowanie celowe swoich zadań.
Starają się o granty wtedy, gdy chcą zrealizować dodatkowe zdarzenie artystyczne, (poza własnym planem repertuarowym) np. obchody rocznicowe w mieście lub okazjonalne widowisko plenerowe (generalizując).
Dlaczego tak jest?
Bo są już finansowane z budżetu np. miasta. Czyli mają pieniądze na działalność.
A jednak wciąż słyszymy, że brakuje im pieniędzy. Dlaczego?
Co roku dyrektorzy instytucji artystycznych przedstawiają organizatorowi plan zamierzeń artystycznych i wnioskują o określoną sumę pieniędzy na nie. Budżet ten opiniuje Wydział Finansowy i przedstawia radzie miasta do akceptacji. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by wszyscy dostali tyle o ile wnioskowali. Dlatego dobry menedżer pisze zawsze o więcej - licząc się z cięciami.
I ta „gra” o pieniądze trwa.
Przedstawię teraz jak finansowane są poszczególne instytucje kultury.
Zacznijmy od tych sektora edukacyjnego (ruch amatorski).
Domy kultury (wojewódzkie, miejskie, gminne, młodzieżowe itp.), szkoły i kluby środowiskowe otrzymują roczną dotację przypisaną w lokalnym budżecie w dziale: Kultura i Dziedzictwo Narodowe lub Edukacja. Jakie to są pieniądze, to inna sprawa. Sam borykałem się z problemami finansowymi, kiedy prowadziłem ośrodek kultury w niewielkim mieście.
Po roku pracy udało mi się przekonać burmistrza, że poza dotacją w pełni wystarczającą na koszty stałe (czynsz, prąd, ogrzewanie, pensje) należy przeznaczyć pewne kwoty na organizację plenerowych imprez artystycznych, z których słynie ta górska miejscowość. Na honoraria dla artystów. Jak wiadomo plenerowe imprezy sporo kosztują.
Mając zabezpieczone minimum można, dla wzbogacenia oferty artystycznej, zdobywać dodatkowe pieniądze aplikując o dofinansowanie celowe.
Amatorski ruch artystyczny jest w większości karygodnie nie dofinansowany.
Zwracam uwagę, że oszczędzamy na inwestycji w przyszłość naszych dzieci.
Uważam, że należy skończyć z oszczędzaniem pieniędzy na kulturę lokalną i domagam się przeznaczania większych kwot na nią w budżetach gmin i miast. Powoli ta informacja dochodzi do świadomości lokalnych decydentów.
Teraz o Sektorze Organizacji Pozarządowych (NGO)
Stowarzyszenia, Towarzystwa, Kluby, utrzymują się ze składek członków, sponsoringu prywatnego i właśnie dotacji grantowych (kiedy o takie wystąpią).
Tyle o ruchu amatorskim i organizacjach pozarządowych.
Przejdę teraz do głównego tematu mego artykułu – finansowania zawodowych instytucji kultury. I omówienia problemów z jakimi się borykają.
Zawodowe instytucje kultury (państwowe, samorządowe) są w lepszej sytuacji.
Podobnie jak ośrodki kultury, otrzymują dotację roczną, jednakże o wiele większą niż pozostałe organizacje kulturalne.
Przede wszystkim wiąże się to z rangą, misją tych instytucji i celami do jakich zostały powołane.
Teatry, filharmonie, zespoły balety, orkiestry kameralne, opery, (bo o nich mowa) to instytucje artystyczne, które powołuje się do realizacji i wykonań dzieł literackich, muzycznych, baletowych – spuścizny kulturowej (światowej i krajowej) przez zawodowych artystów (chronionych prawem autorskiego wykonania). Dotyczy to również sztuki wystawienniczej – muzea również są dotowane – za te pieniądze dokonują nowych zakupów i renowacji zasobów.
Misja tych instytucji – krzewienie, propagowanie i upowszechnianie „wyższej” sztuki (w odróżnieniu od misji ośrodków kultury propagujących i edukujących odbiorców w większości młodzieżowych do szeroko pojętego ruchu amatorskiego, rozwijającego talenty osób nie koniecznie „uprawiających” w późniejszym życiu zawody artystyczne) wymaga dużych nakładów finansowych – głównie na realizację oprawy artystycznej widowisk (scenografię, kostiumy, muzykę, choreografię), prawa autorskie do wykonania utworu czy honoraria zaproszonych realizatorów (reżysera, kompozytora).
Każda z tych instytucji posiada stały zespół artystyczny (w zależności od rodzaju instytucji: aktorów, muzyków, tancerzy lub wszystkich - w przypadku opery).
Lokalizacja tych instytucji (wojewódzkie lub co najmniej powiatowe miasta, często stolice regionów) powoduje elitarność tych instytucji (lub przynajmniej takie są oczekiwania organu założycielskiego, a przede wszystkim odbiorców tej sztuki – widzów).
Piszę tak dużo o tym wszystkim, bo wielu dziwią wysokie nakłady na ich działalność.
Uważam nawet, że jeszcze za mało przeznacza się na ich działanie.
Jestem za zwiększaniem dotacji na kulturę. Im więcej pieniędzy, tym bogatsza oferta artystyczna.
Ale tu zastrzeżenie. Potrzebna jest kontrola i stałe urealnianie wydatków.
A więc:
KONTROLA NAD WYDATKAMI I ROZLICZANIE Z DOTACJI
Obecnie: dotacja (przyznawana rocznie, kilkoma transzami) pokrywać ma koszty stałe i kwoty potrzebne na przygotowanie artystycznych przedsięwzięć.
W odróżnieniu od kosztów stałych, które są policzalne (możemy określić wydatki na pensje, prąd, obsługę administracyjną, Zus) to wydatki na działalność misyjną – artystyczną, rozliczyć trudno.
Piszę: rozliczyć, bo o sensowne wydawanie środków tu chodzi. Nie piszę tu o zakupach materiałowych, koniecznych do przygotowania przedstawień (jak zakup drewna na budowę dekoracji, tkanin na kostiumy, farb itp.) ale myślę o czymś tak ulotnym i nieprzewidywalnym jak na przykład późniejsze eksploatowanie spektaklu.
„Łaska widza na pstrym koniu jeździ” (parafrazując). Nikt nie jest w stanie przewidzieć, ile razy „pójdzie” dane przedstawienie.
I tak: są spektakle – udane artystycznie, cieszące się powodzeniem wśród widzów, które teatr ma w repertuarze nawet kilka sezonów. Ale są takie, (senny horror dyrektorów) które po kilkunastu „graniach” schodzą z afisza... i co?
Koszt produkcji każdej realizacji jest powiedzmy (dla potrzeb tej publikacji) porównywalny.
(żeby nie być posadzony o spłycanie, zwrócę uwagę, że droższe są spektakle kostiumowe, stylowe niż te współczesne, gdzie kostiumy można kupić np. w „lumpeksie”).
Więc koszt jest porównywalny, ale amortyzacja przedstawień (przy większej eksploatacji, poprzez wpływy z biletów) nie jest równa. I co wtedy?
Mogą się zdarzyć pomyłki repertuarowe, ale sytuacja taka spowoduje, że kierownik danej instytucji długo będzie się zastanawiał nad każdym pomysłem repertuarowym. A jeżeli się okaże, że jego zapobiegliwość i dobre programowanie (po udanym sezonie) przysporzy mu większe wpływy do budżetu, będzie mógł także liczyć na realną dotację. Bo będzie dobrze oceniony przez donatora.
Jak doprowadzić do tego, by „zgrały się” wszystkie czynniki składające się na dobrze funkcjonującą instytucje artystyczną. (piszę o finansach ale kolejnymi czynnikami dobrze funkcjonującej instytucji są: kompetentna (ale nie rozbuchana liczebnie) kadra
administracyjna, mobilny, utalentowany, zróżnicowany wiekowo zespół artystyczny, fachowa obsługa reklamowo-promocyjna. A wszystko w rękach sprawnego menedżera od kultury).
Mówmy jednak na finansach. Co zrobić, by używać ich sensownie i by były wystarczające.
Myślę, że trzeba przyjrzeć się możliwościom wprowadzenia innych, dodatkowych form dotowania kultury.
I nie jest moim zamiarem atak na fundusze zawodowych instytucji kultury (wszak sam byłem pracownikiem kilku teatrów w Polsce).
Wręcz przeciwnie; postuluję stworzenie takich rozwiązań, by te instytucje mogły w szerszym stopniu uczestniczyć w korzystaniu z grantowych rozwiązań finansowych, by mogły łączyć budżety na wspólne przedsięwzięcia, by mogły korzystać z pieniędzy fundacji, z donacji mecenasów prywatnych. Potrzebne są do tego kolejne regulacje prawne.
Aby poznać potrzeby proponuję zrobienie audytu w tych instytucjach, opcję „0”.
Niedawno radni miejscy Krakowa odrzucili taki wniosek grupy radnych, widocznie nie do końca zrozumiano intencje, które kierowały zgłaszającym ten projekt.
Chodziło o to, by określić rzeczywiste potrzeby finansowe (wykazać ORIENTACYJNE koszty stałe), średnie przychody roczne (głównie z biletów) i przygotować potem raport o potrzebach krakowskich instytucji artystycznych.
Drugim celem audytu byłoby zapoznanie się z tą trudniejszą sferą wydatków czyli kosztami produkcji dzieł artystycznych.
Znów: ORIENTACYJNYMI kosztami, z całym uwarunkowaniem (ilość premier i późniejszych wykonań, liczbą wykonawców, kosztami produkcji, pełną logistyką).
Nikt z zarządzających instytucjami kultury nie powinien czuć się zagrożony.
Chodziło o poznanie RZECZYWISTYCH kosztów, jakie mają te instytucje.
Powstałby pełny obraz potrzeb i wydatków na kulturę i na pewno okazałoby się, że potrzeby są większe.
I radni oraz Wydział Finansów Miasta Krakowa znaliby te potrzeby.
Czego tu się bać...?!
A wiem, że obawa była.
Zostałem kiedyś zaproszony na spotkanie doraźnej komisji Rady Miasta Krakowa, poświęconej przykładom jak finansowane są instytucje kultury w Niemczech, Francji i Anglii.
Spotkanie miało się odbyć w gronie zainteresowanych radnych z Komisji Kultury i Komisji Finansów Rady Miasta Krakowa. Chcieli poznać doświadczenia innych krajów.
Pojawili się na nim, niespodziewanie, dyrektorzy kilku teatrów krakowskich, których „ostrzeżono”, że szykuje się „zamach na finansowanie kultury”.
Jaki był cel tego spotkania – napisałem.
To dobry objaw, że paru radnych miejskich (żaden nie był z branży artystycznej, więc nie znali specyfiki finansowania kultury) miało ochotę się „dokształcić”.
Przedstawiając finansowanie teatrów w innych krajach zastrzegłem, że w każdym krajów obowiązuje inne prawo dotyczące działalności kulturalnej i że zebrane informacje
(zresztą w większości stworzone na potrzeby i zlecenie Stowarzyszenia Dyrektorów Teatrów działającego w Polsce) zostały przygotowane kilka lat wcześniej. A więc nie było do końca miarodajne.
Spotkanie odebrane zostało jako atak na suwerenność finansową instytucji.
A miała to być próba poznania problemu.
Jeszcze nawet nie - „wzięcie się za bary” z problemem.
Uważam, że nie możemy dalej „zamiatać nie załatwionych spraw pod dywan”.
Musimy się z tym zmierzyć - to mój apel do radnych miejskich, do szefów kierujących instytucjami kultury. Do kolegów z branży. Porozmawiajmy o sposobach finansowania kultury. Nawet na łamach naszego miesięcznika.
Trzeba skończyć z fikcją UZNANIOWYCH dofinansowań (tu: uznaniowość, czyli według uznania) . Trzeba poznać REALNE KOSZTY w instytucjach kultury, które w większości są niedoszacowane.
Może (powtarzam: może – nie mam monopolu na pomysły) ta druga część finansowania teatrów – na zadania artystyczne, powinna być grantowa?
Każdy z prowadzących instytucję składałby roczny plan zamierzeń artystycznych z orientacyjnym kosztorysem każdego przedstawienia i dostawałby na nie REALNE (tu: WYSTARCZAJĄCE) pieniądze...? a może padną inne propozycje?
Zapraszam do dyskusji.
Ważne, żeby do okrągłego stołu (tego wyświechtanego i co rusz wykorzystywanego mebla – symbolu) zasiedli wszyscy ci, którym dobro kultury jest bliskie: ludzie kultury, prawnicy, finansiści, mecenasi a może i ci najważniejsi - zwykli odbiorcy „sztuki”
i porozmawiali o drogach wyjścia z kryzysu. (Bo taka sytuacja w kulturze nie jest zdrowa na dłuższą metę).
By porozmawiali o nowych wyzwaniach, które nas czekają.
A przede wszystkim o nowych premierach (z bogatą „wystawą” scenograficzną i wspaniałymi kreacjami artystycznymi), które jeszcze przed nami.