Niedawno miałem okazję przysłuchiwać się dyskusji prowadzonej przez międzynarodową grupę złożoną z kuratorów sztuki i artystów, z niewielkim udziałem przedstawicieli nauk społecznych. W pewnym momencie w rozmowie pojawił się temat przestrzeni publicznej i sposobów, na jakie może w niej funkcjonować sztuka. Ktoś z uczestników debaty, wiedziony potrzebą objaśnienia podstawowych pojęć, stosunkowo rzadką w środowiskach artystycznych, zapytał o to, jak właściwie ową przestrzeń publiczną należy rozumieć. Padła prosta odpowiedź: “Przestrzeń publiczna to taka, w której formują się tożsamości polityczne”. Głosów sprzeciwu nie było.
Ta pociągająca swoją prostotą definicja wydaje mi się jednak mocno podejrzana.
Po pierwsze, uznanie przestrzeni publicznej za polityczną kuźnię tożsamości może być uznana za krok wstecz wobec emancypacyjnych wysiłków mających na celu otwarcie przestrzeni publicznej. Przyniesione na sztandarach rewolucji 1968 hasło “prywatne jest polityczne” piętnowało relacje podległości utrzymujące się w rodzinie, wskazywało na polityczny wymiar ludzkiej seksualności, próbowało wskazywać na arbitralność kwalifikowania pewnej sfery ludzkiego doświadczenia jako nie podlegającej publicznej debacie. Ten postulat jest podnoszony wciąż na nowo i nadal uchodzi za niezrealizowany ideał. Pobrzmiewa w teoriach postulujących pełną otwartość dyskursu publicznego, w coraz to nowych wersjach teorii demokracji deliberacyjnej. Jego ślad można też odnaleźć w marzeniach o takiej strukturze instytucjonalnej, zarówno na poziomie państwa, jak i władz lokalnych, która kształtowana byłaby przez różnorakie potrzeby obywateli i mieszkańców. Kiedy zatem wymagamy od aktorów pojawiających się na scenie publicznej, by dopiero tam tworzyli swoje polityczne tożsamości, opowiadamy się paradoksalnie za utrzymaniem jasnego podziału na prywatne i publiczne, odmawiamy politycznego znaczenia tożsamościom już istniejącym i ukształtowanym gdzie indziej.
Po drugie, jeśli przyjąć skrajnie polityczną definicję przestrzeni publicznej, to jej jakość zaczyna zależeć wyłącznie od tego, na ile spełnia ona swoją funkcję wytwarzania i konsolidowania politycznych tożsamości. Idąc dalej tym tropem należałoby uznać stadion w Norymberdze, na którym odbywały się partyjne zjazdy NSDAP, za wzorcową przestrzeń publiczną. Mamy tutaj do czynienia z ciemnym rewersem szczytnego w swych intencjach postulatu o upolitycznieniu prywatności. W tym ujęciu nie prywatność dokonuje inwazji na królestwo polityki, lecz polityka wdziera się w prywatność pozbawiając ją wszelkiego znaczenia. To wypełnienie się najczarniejszych proroctw liberałów broniących wolności negatywnej i usiłujących utrzymać sferę absolutnie wolną od jakichkolwiek zakusów władzy.
Przystając zatem na rozumienie przestrzeni publicznej jako miejsca wytwarzania się tożsamości politycznych wikłamy się zatem w osobliwą sprzeczność. Z jednej strony podważamy wysiłki tych, którzy usiłują nadać prywatności znaczenie polityczne. Z drugiej wywołujemy niepokój obrońców prywatności, upatrujących w niej najważniejszej gwarancji wolności.
Drogą do wyjścia z tej sprzeczności wydaje mi się przyjęcie o wiele mniej normatywnego rozumienia przestrzeni publicznej. Zamiast opatrywać wkroczenie w sferę publiczną nakazem politycznego zaangażowania być może wystarczyłoby zdefiniować ją po prostu jako bycie razem ludzi, których nie muszą łączyć żadne inne więzy poza wynikającymi z faktu zajmowania wspólnej przestrzeni. Czy mama wychodząca z dzieckiem na spacer do parku jest w mniejszym stopniu użytkowniczką przestrzeni publicznej niż niosący transparent uczestnik demonstracji? W myśl tego rozumienia przestrzeń publiczna byłaby pewną potencjalnością, wiecznie otwartą możliwością wyłonienia się różnorakich relacji, również politycznych. Przymiotnik “publiczne” oznaczałby tu nie tyle przeciwieństwo tego, co zarezerwowane – słusznie lub nie – do sfery prywatnej, lecz po prostu to, co wspólne.
Paweł Marczewski - doktorant w Instytucie Socjologii UW, członek redakcji "Przeglądu Politycznego", współpracownik "Europy - Tygodnika Idei".



Polski

Kwestia przestrzeni publicznej - czy istnieje czy nie istnieje? - wciąż jest jednym z bardzo popularnych tematów dyskusji o przestrzeni miejskiej.
ZASP zbiera podpisy pod apelem w sprawie wstrzymania prac nad poprawkami do uchwały „o zmianie ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej i innych ustaw dotyczących zmian prawa kultury".













