Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą politykę.

[ Zamknij ]
Po co miastu sztuka?

Pomniki, miedziane posągi, plenerowe wystawy czy inne obiekty artystyczne są znanym i rozpoznanym elementem tkanki polskich miast. Jaką rolę pełnią w mieście? Odp. Nawratek, Sekuła

W sumie: 26 «123»

jerbel jerbel
(moderator)

08.05.09, 13:31

Elżbieta Anna Sekuła: Sztuka robienia miasta
Po co dzisiaj miastu potrzebna jest sztuka?

Można to pytanie nieco prowokacyjnie odwrócić i zastanowić się, czy sztuka w ogóle jest współczesnemu miastu niezbędna. Czy nie jest raczej tak, że metropolia późnej nowoczesności tak znakomicie zaspokaja wszelkie nasze potrzeby, że właściwie obecność artystycznych obiektów na ulicy okazuje się całkowicie zbędną nadwyżką? Chyba jednak nie – postaram się w paru słowach pokazać sensowność wypełniania przestrzeni publicznej sztuką.

Przy okazji, warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden subtelny niuans – co innego znaczy, że sztuka potrzebna jest miastu, a jednak co innego – że jego mieszkańcom..

Po pierwsze, z pewnością sztuka ma znaczenie dla twórcy. Artysta obecny w przestrzeni publicznej zmienia wizerunek miasta, wpisując się w grono nowych aktorów, obecnych co prawda w metropolii od zawsze, ale do niedawna słabo widzialnych. Obraz wielkiego miasta malują dziś ci, który „wyszli z podziemia” – przedstawiciele rozmaitych mniejszości, wszelkiej maści „niepokorni”, dotychczas nierzadko symbolicznie wykluczeni, decydują o nowej formule metropolitalności, której zasadniczymi znakami są rozmaite miękkie wskaźniki, na jakie uwagę zwraca w swych tekstach Richard Florida. Zatem artysta zostawiając ślad w przestrzeni miejskiej robi sobie w niej miejsce.

Druga ważna sprawa to oczywiście kwestia identyfikacji. Tworzenie nadwyżki symbolicznej poprzez dodanie wartości ikonicznej ma ogromne znaczenie w przypadku miast takich, jak Warszawa czy Katowice – wciąż jest tego zdecydowanie za mało. Im młodsza metropolia, im bardziej cywilizacyjnie niedorozwinięta i nie obudowana mocną, historyczną scenografią (przykładem może być Europa Wschodnia czy Trzeci Świat), tym bardziej przydatna jest obecność sztuki, która wzbogaca słabo skonstruowaną sferę znakową miasta, pozwalając na rozpoznanie i utożsamienie.

Ikony miejskie, zamknięte w obiektach artystycznych, mają szanse stać się punktami wyjścia i punktami dojścia innych map mentalnych, innych miejskich szlaków niż te tworzone wyłącznie przez wymiar komercyjny. Mam na myśli codzienny bieg przez symboliczne i dosłowne plotki, którego „punkty kontrolne” stanowią osiedla grodzone, przestrzenie szeroko zamknięte (na przykład potężne, skupiające wiele funkcji i firm biurowce o niezidentyfikowanej w sensie symbolicznym własności przestrzeni wewnętrznej), restauracje, kluby i galerie handlowe. W przypadku metropolii znajdujących się „na dorobku” jest to wyjątkowo istotny problem, ponieważ wciąż brakuje nam dystansu do takiego stylu obcowania z przestrzenią. Zachłysnęliśmy się dość łatwo (i był to zresztą proces nieunikniony) tym, czym udławiły się dawno temu miasta Zachodu. Tam dystans został uchwycony, dlatego lokalne władze niejednokrotnie potrafią przeznaczyć na sztukę w przestrzeni publicznej nawet kilkanaście procent budżetu miejskiego. U nas jednak, póki co, zjawiska takie nie mają miejsca. Stąd tak ważne jest stworzenie kontrapunktu dla ofert składanych przez świeży wciąż w naszych stronach kapitalizm wraz z jego dominującymi instrumentami – wolnym rynkiem i popkulturą.

W tym kontekście sztuka miejska (inaczej niż zamknięta galeryjna) ma związek także z pojęciem dobra publicznego przeciwstawionego dominującej kategorii własności prywatnej. Bezrefleksyjne uzależnienie od absolutnej niemal wolności osobistej skutkuje nie tylko brakiem ustawowej definicji przestrzeni publicznej, ale przede wszystkim całkowitą niezdolnością do jej praktycznego wcielenia. Zatem, paradoksalnie, niewinna z pozoru palma, mural czy instalacja może mieć swój wymiar polityczny, obywatelski w przestrzeni miasta, Może bowiem istotnie zmieniać reguły gry społecznej.

Kolejna rzecz, którą nie sposób zlekceważyć – dzięki obecności sztuki metamorfozie ulegają nie tylko mapy mentalne i symboliczny, budujący tożsamość obraz miasta. Zmienia się też w dosłownym i metaforycznym sensie tempo, rytm naszej miejskiej marszruty. Bo obiekt artystyczny wymaga zatrzymania, kontemplacji, wejścia w interakcję, zastanowienia, pomysłowości w odczytaniu, wyobraźni, humoru wreszcie. W ten sposób rysowany jest szlak odmienny od tego, który określiłam mianem komercyjnego – inny rytm to inny nastrój miasta, a nie tylko inna prędkość. Tworzy się w tym momencie nierzadko wartość dodana – oglądając happening albo nową rzeźbę mamy czas, by wreszcie zauważyć, że w tym miejscu od lat znajduje się piękny bruk czy portal.

W Warszawie taki szlak nowej miejskiej sztuki mógłby mieć dodatkowo jeden jeszcze wymiar. Stanowiłby znakomitą przeciwwagę dla martyrologicznych ścieżek pamięci warszawiaków. Mam na myśli szlak powstańczy i żydowski. Są to dobrze opracowane w wymiarze znakowym (w estetycznym – z niewielkimi niedoróbkami – również) propozycje percepcji przestrzeni miejskiej poprzez ślady pamięci o tym, co minione i nieobecne. Jednak w mieście aspirującym do miana późnonowoczesnej metropolii musi pojawić się kontroferta dla takiego historycznego ujęcia. Powstaje pytanie, czy sprawę załatwią wieżowce i nowoczesna architektura. Sądzę, że to nie wystarczy – tym bardziej, że warszawska architektura po 1989 roku w swej masie do wybitnych osiągnięć raczej nie należy. Zatem elementami wypełniającym braki i budującymi pewną sieć – wyraźną, prowadzącą mieszkańca czy turystę przez miasto i pozwalającą na identyfikację przestrzeni również na zewnątrz – mogą stać się obiekty tworzone przez współczesnych artystów.

Wreszcie, zasadnicze znaczenie ma tutaj estetyczna percepcja miasta. W tym wypadku sztuka może okazać się zbawienna. Jako socjolog, ale zarazem kulturoznawca, wytłumaczenia pędu ludzi do zamykania się i odcinania od przestrzeni wspólnej szukam nie tylko w łatwych (a nieuzasadnionych wcale realiami) objaśnieniach uwzględniających bezpieczeństwo czy prestiż. Mam wrażenie, że ważnym motywem chowania się za parkanem jest potrzeba tworzenia własnej estetyki, spersonalizowanej przestrzeni, będącej odpowiedzią na anty-estetykę przestrzeni publicznej. Sztuka w mieście mogłaby spełnić rolę, jakiej nie realizują żadne nakazy i próby uspołecznienia „ogrodzonych”. Jeśli miasto zaoferuje im lepsze warunki „przed bramą” niż te, które sami mogliby stworzyć sobie wewnątrz, jest spora szansa, że wyjdą dobrowolnie..

[Elżbieta Anna Sekuła - kulturoznawczyni i socjolożka, adiunkt w Instytucie Kultury Komunikowania SWPS w Warszawie. ]

jerbel jerbel
(moderator)

08.05.09, 13:34

Krzysztof Nawratek: Sztuka i Miasto. Poszerzyć „pole wpięcia”
„Niektórzy ludzie mieszkają lata w tym samym domu, nie zwracając uwagi na szczegóły, jak na przykład - w którą stronę otwierają się drzwi”

Alain De Botton, Architecture of Happiness


Ostatnie kilka lat znaczy wyraźną zmianę paradygmatu w zarządzaniu miastem i stymulowaniu jego rozwoju (uwaga ta dotyczy przede wszystkim miast Europy Zachodniej). Twarde mechanizmy polegające na obniżaniu podatków czy inwestycjach w infrastrukturę zostały uzupełnione (a częściowo zastąpione) mechanizmami miękkimi, polegającymi na kreowaniu wizerunku, zabiegach marketingowych, promocji. Ta zmiana paradygmatu nie jest zupełnie obca w Polsce ( strategia marketingowa Wrocławia może być dobrym przykładem na skuteczność takiego podejścia), choć w miastach cierpiących na rzeczywiste braki podstawowej infrastruktury, braki planów miejscowych czy po prostu kapitału ludzkiego, próby miękkiego stymulowania rozwoju miasta _zamiast_ inwestowania w infrastrukturę czy kapitał ludzki mogą budzić sprzeciw i poczucie lekkiego zażenowania.

Sztuka w mieście jest w oczywisty sposób częścią takiej zmiany paradygmatu - częścią strategii propagandowej zmierzającej do wykreowania nowego, „europejskiego” wizerunku polskich miast.

Te same nadzieje przyświecają zresztą również wspieranym w wielu miastach przez samorządy międzynarodowym czy krajowym konkursom architektonicznym, mającym doprowadzić do powstania nowych architektonicznych „ikon” w polskich miastach.

Pytanie które należy postawić brzmi – na ile sztuka publiczna służy rzeczywiście szerokiej publiczności, a na ile jest tylko częścią strategii rynkowej elit?

By nie szukać daleko – na ile instytucje jak gdańska Łaźnia zmieniły jakość życia mieszkańców dzielnicy a na ile doprowadziły do wzrostu wartości gruntu i nieruchomości?

Na ile akcje artystyczne prowadzone na warszawskiej Pradze są akcjami „ku dobru wspólnemu” a na ile „ku dobru mojemu (artysty, aktywisty, dewelopera)”?

Być może jednak takich pytań w ogóle nie należy stawiać?

Dlaczego biedni mieszkańcy zaniedbanych dzielnic, żyjący swe egoistyczne żywoty (zawsze – „na nasz koszt”), mieliby podlegać jakiejś ochronie i być ważniejsi niż przedstawiciele polskiej – nazwijmy to tak - klasy średniej?

Prędzej czy później bowiem, ktoś na każdym działaniu miejskim zyskuje, a ktoś traci. Należałoby więc wyraźnie zdefiniować reguły gry i jej cele.

Należałoby wrócić do poważnej dyskusji nad tym, czym jest miasto, do kogo ono należy i co to jest „dobro wspólne”.

Chciałbym zaproponować rozszerzenie pojęcia obywatela plug-in, które wprowadziłem w swojej ostatniej książce „Miasto jako idea polityczna”.

Tym co wydaje się szczególnie istotne dla miasta, jest możliwość i zakres wpinania się jego mieszkańców i użytkowników w struktury przestrzenne, społeczne, polityczne i ekonomiczne miasta.

Wpinanie się w miasto, oznacza bowiem udział w procesie wymiany i komunikacji, oznacza rzeczywiste bycie częścią miasta i w końcu, oznacza wzięcie za miasto odpowiedzialności.

Jakie pole wpięcia ma więc przedstawiciel (tak zwanej) klasy średniej mieszkający w zamkniętym osiedlu? Poruszając się swoim samochodem pomiędzy pracą, podmiejskim centrum handlowym a domem? Zapewne mniejsze niż ów pogardzany bezrobotny z zapomnianej przez Boga (i niektórych ludzi) dzielnicy, ba! być może mniejsze nawet niż człowiek zbierający złom czy grzebiący w śmietnikach.

Sztuka publiczna może być więc widziana jako próba „wyciągnięcia” naszego wannabe-yuppi z domu i „skuszenia” go, by poświęcił trochę swojego czasu i pieniędzy miastu.

Z tego punktu widzenia, sztuka miejska staje się nie tylko narzędziem zmiany wizerunku miasta dla „świata”, ale zaczyna działać również jako narzędzie przekształcania struktury społecznej użytkowników miasta – rozszerzając (czy zachęcając do rozszerzenia) pola wpięcia tych z grubszym portfelem.

Wciąż jednak, sztuka publiczna jest aktywnością skierowaną do elit.

Czy może być inaczej, jeśli to elity tę sztukę finansują, tworzą i w końcu konsumują?

Wielokrotnie już omawiany przypadek „Dotleniacza” Joanny Rajkowskiej (czego chyba nie można powiedzieć o jej Palmie), być może przypadkiem, ale jednak stał się przykładem na sztukę publiczną, która zaczyna wiązać w sploty takich aktorów, którzy wcześniej byli nie do wyobrażenia razem, staje się również elementem wpinającym w miasto jego dotychczasowych biernych konsumentów.

Wątpliwość jaka jednak pojawia się w przypadku „Dotleniacza” brzmi – czy to jest sztuka? Albo inaczej – czy to właśnie „sztuka” spowodował zmianę społeczną, czy też raczej pewien „biologiczno - humanistyczny” wymiar tej instalacji okazał się najważniejszy?

Tak zadane pytanie nie ma oczywiście sensu – heterogeniczny splot różnych aktorów społecznych był możliwy jedynie dlatego, że Dotleniacz jest artefaktem heterogenicznym, sam splata w sobie różne wątki, różne idee, różne siły.

Potwierdza się więc postmodernistyczne przekonanie, że miasto budowane / zarządzane jedną silną narracją nie jest w stanie funkcjonować.

Takie też powinny być wymagania, jakie miasto powinno stawiać powstającej w nim i eksponowanej w miejscach publicznych sztuce – powinny być to działania / artefakty ufundowane na heterogenicznej narracji, których celem powinno być poszerzenie pola wpięcia miejskich aktorów – zarówno społecznych, jak też wszelkich innych (idąc tropem rozważań Bruno Latoura i jego Actor Network Theory).

Oczywistą krytyką takiego widzenia roli sztuki w mieście byłoby sugerowanie pokrewieństwa ze społecznie aktywną sztuką początków Rewolucji Październikowej czy okresu socrealizmu.

Taka krytyka jednak dowodzi tylko braku zrozumienia (lub cynicznej próbie udawania braku zrozumienia) faktu, że każda sztuka powstaje w otoczeniu społecznym i jej cele oraz konsekwencje są społeczne.

Jakie to są cele, zależy od tego kto tą sztukę funduje i kto ją tworzy.

Dobrze jednak by było, by taka dyskusja – o społecznych i politycznych celach sztuki w mieście - toczyła się przy podniesionej kurtynie. Samo w sobie byłoby to inspirującym happeningiem...

[Krzysztof Nawratek - architekt, urbanista, absolwent Politechniki Śląskiej w Gliwicach, doktor nauk technicznych. Wykłada architekturę w School of Architecture & Design w Plymouth. Autor książek Miasto jako idea polityczna oraz Ideologie w przestrzeni. Prowadzi bloga http://krzysztofnawratek.blox.pl]

Wojciech_Klosowski Wojciech_Klosowski

09.05.09, 16:07

Sztuka w przestrzeni publicznej: głos cierpliwego doradcy
Perypetie Dotleniacza Rajkowskiej i wynikła przy tej okazji mini-debata z udziałem mieszkańców, Miasta i samej Artystki wypowiadającej się przede wszystkim milcząco poprzez swoją realizację, nastraja do szerszej refleksji. Warto z tego rodzaju doświadczeń, wyciągać wnioski ogólniejsze; posłużą one następnie sensowniejszemu kształtowaniu dialogu wokół sztuki w przestrzeni publicznej. Zanim wskażę na ważne zdaniem eksperta dylematy dialogu artyści – samorząd – mieszkańcy, proszę pozwolić mi na refleksję osobistą: tak się składa, że zanim wiele lat temu zacząłem pracować jako ekspert-konsultant samorządowy (a potem przez krótki czas także jako urzędnik samorządowy), wcześniej po ukończeniu ASP przez kilka lat byłem przede wszystkim aktywnym twórcą, a potem długo łączyłem obie aktywności. Jestem też od urodzenia mieszkańcem miasta nieobojętnym na to, jak moje miasto się rozwija. Mam więc poczucie pewnej identyfikacji z każdą ze stron, tej trudnej rozmowy. A taki właśnie życzliwy „równy dystans” do każdej ze stron jest niezbędny, jeśli ekspert ma się przydać jako czwarty uczestnik dialogu.

***
Dylematy współpracy

Chciałbym zaproponować Szanownemu Czytelnikowi, abyśmy na chwilę z wysokiej sfery sztuki zeszli na przyziemny poziom praktyki zarządzania publicznego. Abyśmy na chwilę spróbowali spojrzeć na całą sytuację okiem kogoś kto musi zadbać o przejrzyste procedury, dobre wydawanie publicznych pieniędzy i sprawne osiąganie sensownych celów publicznych. Z takiego punktu widzenia odnotowuję co najmniej cztery ważne dylematy, które muszą być rozstrzygnięte, jeżeli dialog twórcy – samorządowcy – mieszkańcy ma się zakończyć współpracą i przestrzenią publiczną wzbogaconą przez sztukę, a nie – awanturą i ogólną frustracją. Oto – zarysowane w największym skrócie – te cztery dylematy:
• Kto ustanawia wartości, kto wyznacza cele?
• Kto jest czyim klientem?
• Jaka jest istota artystycznych projektów publicznych? Mówiąc językiem zarządzania publicznego: co jest ich produktem, co rezultatem a co – oddziaływaniem?
• Jak mierzyć efektywność i skuteczność przedsięwzięć obszaru sztuki wspieranych przez budżet publiczny?
Przyjemniej byłoby rozmawiać o sztuce językiem zupełnie innym, językiem porządku wartości i symboli. Mówić o jakości przestrzeni publicznej, poszukiwać wspólnego paradygmatu aksjo-semiotycznego, właściwego danej społeczności w danym miejscu i czasie. Jednak – skoro rozmowa tamtym językiem nie udaje się, spróbujmy na chwilę użyć innego języka: może właśnie on umożliwi trudne porozumienie?

***
Kto ustanawia wartości? Kto wyznacza cele?

Mówiąc językiem praktyki zarządzania publicznego, przez „cel” rozumiemy „przyszły, pożądany stan rzeczy, jaki zamierzamy osiągnąć”. Mówiąc dokładniej: tak jest na poziomie operacyjnym, bo na poziomie strategicznym „cele” to po prostu wartości, jakie zamierzamy zrealizować poprzez nasze działania. Przy dobrym planowaniu cele wytycza się zawsze najpierw, a dopiero do wytyczonych celów dobiera stosowne środki, ale w praktyce – jak wiemy – często bywa odwrotnie: ludzie dużo dokładniej mają przemyślane, co będą robili, niż – po co to będą robili. Przy dobrym planowaniu ten, kto w organizacji wyznacza generalne cele, wydaje się być ważniejszy od tego, kto potem jedynie zarządza warstwą wykonawczą. Stąd nasze tytułowe pytanie, kto ma wyznaczać cele, jest pytaniem delikatnym, bo dotyczy też prestiżu i władzy.
Kto powinien wyznaczać cele publiczne? Spróbujmy zawęzić tu pytanie do ścisłego tematu naszych rozważań: kto ma wyznaczać wspólne cele w obszarze kultury? Mądra reguła zarządzania publicznego, że generalne cele powinni demokratycznie obierać sami mieszkańcy jako lokalna społeczność, nie może mieć przecież mechanicznego zastosowania w sferze kultury; tu rzecz jest bardziej złożona. Choć niewątpliwie społeczność ma szerokie prawo współdecydowania o przestrzeni w której żyje, to z drugiej strony – dzieł sztuki nie tworzy się przez demokratyczne głosowanie! Z pokorą uznajemy, że są pośród nas ci, którzy tworzą dzieła i nie pytają nas o zdanie, sami decydują co tworzą. Nam pozostaje przyjąć dzieło lub je odrzucić, lecz nie śmiemy domagać się współdecydowania o jego kształcie. W odbiorze sztuki króluje demokracja, ale w tworzeniu sztuki demokracji nie ma.
Skoro więc nie wydaje się słuszne aby o kształcie dzieł sztuki w przestrzeni miasta decydowała czysta demokracja, to – kto ma to robić? Czyżby w obrębie kultury to właśnie artyści mieli wytyczać cele? Czy to oni powinni decydować, jakie obiekty sztuki powstaną i jakie wydarzenia artystyczne odbędą się wokół nas? Czyżby samorząd miał wyłączyć się z tworzenia wizji w tym zakresie, a poprzestać na wykonawczym i finansowym wspieraniu artysty?
To nie takie proste. Artyści są wprawdzie właścicielami swoich kreatywnych pomysłów, ale na ogół nie są właścicielami przestrzeni, w której te pomysły mają być urzeczywistnione, ani pieniędzy, które mają sfinansować koszt artystycznej realizacji. Przestrzeń i pieniądze są na ogół publiczne. To samorząd dysponuje pieniędzmi z podatków każdego z nas i nikt samorządu nie wyręczy w niewdzięcznej roli skrupulatnego strażnika efektywności ekonomicznej publicznych wydatków, w tym – efektywności wydatków na sztukę i kulturę. Ponadto samorząd jest też strażnikiem wykonywania prawa na swoim terenie: przepisy budowlane, przeciwpożarowe, ochrony środowiska, zdrowia, ochrony zabytków i sto innych obszarów składa się na sferę odpowiedzialności samorządu. Jeżeli mielibyśmy wątpliwość, czy urzędnicy mogą znać się na sztuce, to nie mamy raczej wątpliwości, że jak nikt znają się na ramach formalnych w których sztuka w przestrzeni miasta musi się zmieścić. Więc czyżby to jednak administracja miała wyznaczać cele i rozliczać twórcę z ich realizacji? Skoro nie demokratyczny głos zbiorowy mieszkańców i skoro nie sami tylko twórcy, to – może cele powinni formułować fachowi urzędnicy? Przyznacie jednak Państwo, że wizja kultury, w której urzędnicy wyznaczają wartości i cele artystom, wywołuje dreszcz niepokoju.
Żadne z wymienionych rozwiązań: ani dyktatura gustu większości, ani samowola urzędników, ani nieograniczone prawo artystów do dysponowania publiczną kasą i przestrzenią, nie wydają się możliwe do zaakceptowania. Pozostaje mozolne poszukiwanie rozwiązania gdzieś po środku: próba skonstruowania mecenatu publicznego, świadomego i konsekwentnego, ale zarazem pełnego szacunku dla autonomii twórczej i dla prawa społeczności do uczestnictwa w decyzjach. Samorząd jest wprawdzie gospodarzem przestrzeni publicznej, ale nie jest w żadnym wypadku jej właścicielem. Powinien być z niej jedynie inicjatorem debaty. W nowoczesnych miastach przestrzeń Corbusierowska, w której naczelną organizującą ją zasadą był ład planistyczny zarządzony przez władzę publiczną, ustępuje coraz szerzej przestrzeni Habermasowskiej, w której zasadą jest ciągły dyskurs. Przestrzeń odgórnie i trwale zdefiniowana robi miejsce dla nowoczesnej przestrzeni definiującej się nieustannie w żywej debacie. Tytułowy dylemat: kto wyznacza cele, znajduje więc tylko jedną mądrą odpowiedź: wyznacza się je wspólnie, w ciągłej rozmowie opartej na wzajemnym zrozumieniu odmienności i równej ważności trzech punktów widzenia: twórców-wizjonerów, urzędników pilnujących budżetu i mieszkańców, którzy mają prawo do współkształtowania przestrzeni wokół siebie.
Jak jednak upilnować równowagi w debacie, w której jedna strona uważa się za dużo ważniejszą od pozostałych? Być może odpowiedzią na to będzie rekomendowany na końcu tego artykułu udział ekspertów, jako moderatorów takiego dialogu? Pozostawiam czytelnika z tym pytaniem.

***
Kto jest czyim klientem? Kto winien do kogo przyjść?

Tak dotarliśmy do drugiego dylematu: kto w relacji administracja – twórca ma być czyim klientem? Akurat te dwie strony debaty dysponują przecież komplementarnymi zasobami na rzecz kultury: jedna – potencjałem twórczym, a druga – pieniędzmi i uprawnieniami. Obie powinny być więc w równym stopniu zainteresowane współpracą. Zasoby komplementarne i ekwiwalentne co do wartości warto łączyć, a nie wojować nimi. Sytuacja, w której artystka miesiącami brnie przez nieprzyjazne procedury, doznając niechętnej bierności urzędników, zamiast ich fachowej pomocy, jest absurdalnym marnowaniem energii społecznej. Przecież właśnie udzielanie pomocy klientowi w sprawach formalno-proceduralnych jest oficjalną misją instytucji administracyjnych. Dlaczego więc w praktyce tak łatwo pomoc zastąpić postawą niechętnej bierności? Oto moja hipoteza na ten temat: przyczyną jest brak poczucia w administracji, że to co przynoszą artyści, jest dla miasta cenne. Nie ma symetrii oczekiwań między stronami: jedna strona ma w dyspozycji zasób, na którym drugiej w oczywisty sposób zależy: przestrzeń i pieniądze, ale druga musi dopiero przekonać tę pierwszą, że to, co może dać w zamian, jest cenne.
Sprawę mogłoby uratować mocniejsze poczucie misji w administracji, większa świadomość, dla jakiego celu istnieją poszczególne instytucje. Ale poczucie misji nie jest rozłożone równo: misyjność jest przecież naturalną domeną twórców nie urzędników. Rajkowska, póki chodzi po ziemi, będzie na niej zapewne stawiała swoje palmy, wyczarowywała dotleniacze i dokonała innych poruszających zmian; o to możemy być spokojni. Urzędnik samorządowy ma zupełnie inną perspektywę i jest to naturalne: czeka spokojnie na odnośne pismo z inicjatywą, zareaguje na nie proceduralnie w ustawowym terminie, sprawdzi przedtem przepisy. Załatwiane sprawy rzadko są dla niego pasjonujące, raczej dzieli je na łatwe (bo typowe) i na trudne (bo nietypowe). Na rzecz nietypową (a czy w sztuce są w ogóle jakieś sprawy typowe?) zareaguje najostrożniej jak się da. Mamy w takich sytuacjach odruch, aby widzieć w tym jego złą wolę; jednak tak naprawdę winna jest często źle zorganizowana instytucja. Fatalny system motywacyjny, jaki dominuje w naszej administracji publicznej od czasów Maxa Webera, nie nagradza za odnoszenie sukcesów, ale karze za pomyłki i błędy. Rzadko słyszymy o urzędniku nagrodzonym za wykazanie inicjatywy ponad swoje obowiązki i przyczynienie się do ważnego celu publicznego. Za to cztery różne systemy kontrolne czuwają w każdej chwili nad tym, czy dany urzędnik nie popełnił pomyłki. Czy w takim systemie może dziwić zachowawczość? Zaryzykuję stwierdzenie, że w lepszym systemie nagradzającym za inicjatywę i dającym większe prawo do błędu w sytuacjach nietypowych, przy przedsięwzięciach innowacyjnych, ci sami ludzie na tych samych urzędowych stanowiskach pokazaliby inną twarz i włączyli się z zaangażowaniem w jak najszybsze powstanie Dotleniacza; skoro Dotleniacz oczarowuje niemal każdego kto się z ni zetknie, dlaczego nie miałby oczarować i umotywować urzędników?
Ale – aby to mogło się urzeczywistnić, trzeba modernizować instytucje administracji publicznej: trzeba pracować nad internalizacją ich misji przez urzędników, nad systemem motywacji i nagradzania, nad zupełnie inną ewaluacją jakości pracy poszczególnych osób i całych instytucji. Trzeba te instytucje i tych ludzi umotywować do odnoszenia sukcesów, a nie tylko – do niepopełniania błędów.
Tymczasem obecnie mamy jednak sytuację nierównej motywacji: twórcom twórczość jest potrzebna do życia, zarówno w sensie wysokim: osobistej potrzeby spełniania się, jak i w sensie przyziemnym: potrzeby zarobienia na życie. Natomiast administracji sztuka i kultura wydają się nie być niezbędne do funkcjonowania. To w najgorszym przypadku stawia twórców w roli petentów u urzędniczej klamki, a w nieco lepszym – w roli ciągłych wnioskodawców, inicjatorów projektów, które administracja przyjmie do współfinansowania, lub nie. „Mam taki a taki twórczy pomysł: wydajcie niezbędne zgody i sfinansujcie jego realizację” – to zdanie opisuje syntetycznie stan obecny współpracy.
Tymczasem na początku powiedzieliśmy, że potencjały stron są komplementarne i równie istotne, a więc – obu stronom mogłoby zależeć w równym stopniu. Mogłoby częściej zdarzać się, że to administracja poszukuje inicjatyw i projektów do wsparcia publicznymi środkami. „Mamy pieniądze, jesteśmy gotowi załatwić wszelkie sprawy formalne, zapraszamy cię z twoimi twórczymi pomysłami” – taki model współpracy powinien zdarzać się równie często, jak opisany powyżej.
Dylemat brzmi więc: jak zrównoważyć podaż pomysłów i inicjatyw twórczych popytem administracji na te pomysły i inicjatywy? Na razie takiej równowagi brakuje.

***
Jaki produkt? Jaki rezultat? Jakie oddziaływanie?

Kiedy zastanawiamy się, po co nam obiekty sztuki w przestrzeni publicznej, mamy odruch mówienia o wartościach i przeżyciach estetycznych, intelektualnych i emocjonalnych, o wzruszeniach i doznaniach. O naszej potrzebie zatrzymania i kontemplacji, czy o naszej potrzebie przeżycia katharsis. Tymczasem ja znów muszę poprosić czytelnika o cierpliwe pozostanie na poziomie bardzo przyziemnym. Zarządzanie publiczne – zainspirowane metodologią wypracowaną pod koniec lat 90-tych w ramach polityki strukturalnej Unii Europejskiej – posługuje się trzema pojęciami dla opisania skutków wszelkich (a więc i kulturalnych) przedsięwzięć publicznych. W skutek zaangażowaniu publicznego wkładu (input) w dane przedsięwzięcie, wynikają z niego po pierwsze produkty (outputs), następnie rezultaty (results) a wreszcie – oddziaływania (impacts).
• Produkty, to wszystko to, co powstało, lub odbyło się w sensie fizycznym: np. wybudowana droga, czy zrealizowane szkolenie. W obszarze kultury produktami będą przykładowo: wybudowany budynek muzeum, wystawiony spektakl teatralny, wydrukowany nakład książki, odegrany koncert. Wskaźniki (miary) produktu będą wyrażone w jednostkach fizycznych: metrach kwadratowych powierzchni użytkowej budynków, ilościach przedstawień czy koncertów, wydrukowanych nakładach wydawnictw... Produkt jest namacalny, konkretny i łatwo mierzalny. Produkt w wypadku Dotleniacza to sztuczny staw o takiej a takiej powierzchni, konstrukcji i kształcie, instalacje w nim zamontowane i miejsca do siedzenia wokół.
• Inaczej jest z rezultatem: rezultat, to bezpośrednia i natychmiastowa korzyść odniesiona przez beneficjenta w wyniku skorzystania z produktu. Nie budujemy przecież muzeum dla samego muzeum; ono ma czemuś i komuś służyć. Rezultat to właśnie to, że dzięki uruchomieniu muzeum ktoś może z czegoś korzystać. Kto i z czego? To właśnie wskaźniki rezultatu: ilości osób odwiedzających muzeum, ilość osobo-godzin spędzonych przez nie na zwiedzaniu (ciekawa ekspozycja zatrzyma odwiedzającego dłużej), ilości kilogramów gliny zużytej przez dzieci próbujące ulepić garnek w muzealnej pracowni archeologii eksperymentalnej itd. O ile wskaźnik produktu pokazywał co zrealizowaliśmy (np. 12 tys. m2 powierzchni muzealnej), o tyle wskaźniki rezultatu pokażą nam, kto i na ile z tego następnie chce korzystać. Rezultaty są ważniejsze od produktów. Mówiąc dobitnie: produkt ma sens tylko o tyle, o ile generuje potem wartościowy rezultat. A zdarzają się przecież obiekty wybudowane za dziesiątki milionów, które następnie stoją puste i martwe, czy publiczne wydania dzieł zalegających następnie magazyny; to przykłady produktów bez rezultatu. W wypadku Dotleniacza rezultatem jest możliwość przebywania przez taką a taką liczbę ludzi przez kilkanaście godzin codziennie w magicznym miejscu, korzystanie przez nich z wyciszenia, z wypoczynku. To konkretne – proszę mi wybaczyć ten język – osobo-godziny spędzone na rozmowach z sąsiadami, na które być może od lat brakowało czasu i dogodnego miejsca, lub po prostu przesiedziane w ciszy na przyniesionym z domu krzesełku wśród ozonowej mgiełki…
• Mamy wreszcie trzecią warstwę skutków każdego publicznego projektu, także istotną dla oceny jego wartości: to oddziaływania. Oddziaływania, to skutki odroczone i rozproszone, doznawane przez beneficjentów po kilku latach, lub w ogóle poza grupą przewidywanych beneficjentów. To różnego rodzaju długofalowe wpływy i „odpryski” naszych działań. Przykładem oddziaływań projektów kulturalnych jest np. zwiększona kreatywność danej populacji, większy w niej odsetek postaw twórczych. Jeśli produktem jakiegoś projektu było wygospodarowanie 120 m2 powierzchni muzealnej na pracownię eksperymentalną dla młodzieży, a z kolei rezultatem było 10,5 tysiąca osobo-godzin zajęć w tej pracowni rocznie (jako miara faktycznego zainteresowania tą ofertą), to przykładowym oddziaływaniem może być np. odnotowany po pięciu latach wskaźnik sukcesów naszej młodzieży w zdobywaniu zatrudnienia w zawodach twórczych, wyższy niż średnio w województwie. Oddziaływaniem Dotleniacza będzie zapewne (już jest?) aktywizacja społeczna – jedna z najcenniejszych wartości społeczeństwa obywatelskiego. To poczucie, że jesteśmy współgospodarzami miejsca wokół nas i mamy zarówno prawo jak i obowiązek dbać i walczyć o nie, zamiast czekać co zechcą zrobić z nim wielcy gracze lokalnego układu: władze i inwestorzy.
Czego należy oczekiwać po współpracy samorząd – twórcy? To bardzo ważne: nie samych tylko produktów! Samorząd bardzo często ma przekonanie, że płaci za produkt i tegoż produktu domaga się do rozliczenia. Tymczasem należałoby umawiać się na rezultaty a nie na produkty. Nie uważać za rozliczony projektu teatralnego, w ramach którego odbyło się pięć spektakli. Uważać za to za zrealizowany i rozliczony projekt, w ramach którego odbyły się tylko trzy z pięciu zaplanowanych spektakli, ale za to sala pękała w szwach i pisały o nas entuzjastycznie warszawskie media.
Czy „Dotleniacz” jest wartościową realizacją? Wydaje się, że część przedstawicieli administracji dostrzega w Dotleniaczu jedynie produkt: niewielki sztuczny staw na jednym z tysięcy miejskich trawników, a więc nic szczególnego, ot, fragment zieleni miejskiej, jakich w Warszawie mamy mrowie. Tymczasem aby sensownie rozmawiać o Dotleniaczu, trzeba dostrzec jego rezultat i oddziaływanie. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia: ludzie, ludzie delektujący się fragmentem żywej przestrzeni w martwym centrum metropolii, ludzie odwiedzający to miejsce ciszy i refleksji wyczarowane wśród hałasu zagłuszającego leżące tuż pod chodnikami ruiny getta, ci ludzie stanowią żywą odpowiedź. Gdyby Dotleniacz był realizacją martwą, „produktem bez rezultatu”, nie gromadziłby wokół siebie tej zaskakująco intensywnej obecności, zainteresowania i zaangażowania mieszkańców. Oddziaływaniem Dotleniacza jest z kolei na pewno szersza zmiana postaw samych mieszkańców, wzrost ich poczucia własnej podmiotowości i sprawczości.
Zwrócenie uwagi na rezultaty i oddziaływania to zwrócenie uwagi na mieszkańców. Nie przypisaliśmy mieszkańcom kluczowej roli na etapie inicjowania i tworzenia dzieł. Ale przypominamy ich kluczową rolę w korzystaniu z dzieł, rolę, która nadaje dziełom sens.
Za koncentrowaniem całej współpracy na produktach przemawiają niby względy prostoty organizacyjnej i taniości działań. Ale filozofia: „mamy oferenta, który taniej wykopie większy Dotleniacz” jest smutna w swej krótkowzroczności: czy wokół „tańszego dotleniacza” zechcą pojawić się ludzie? A to przecież właśnie ich obecność jest wskaźnikiem rezultatu. Skupienie się na produktach było łatwiejsze, ale za skupianiem się na rezultatach i oddziaływaniach przemawiają względy sensowności działań.

***
Jak mierzyć efektywność i skuteczność współpracy?

Proszę wybaczyć, że znów przez chwilę wysoką sferę kultury spróbuję zakotwiczyć w przyziemnej sferze ekonomii. Publiczne projekty kulturalne, podobnie jak wszelkie projekty, powinny być zarazem efektywne i skuteczne. Wyjaśnijmy więc, co to jest efektywność i czym różni się od skuteczności? Artyści mają prawo tego nie wiedzieć ale co gorsza – często nie wiedzą tego urzędnicy.
Efektywność ekonomiczna przedsięwzięcia, to po prostu koszt uzyskania jednostki jego rezultatu . Jesteśmy tym efektywniejsi, im taniej umiemy zrobić daną rzecz, lub im więcej umiemy zrobić za daną kwotę. Przedstawiając sprawę w wielkim uproszczeniu: projekt teatralny jest tym efektywniejszy ekonomicznie, im mniej kosztuje spektakl w przeliczeniu na jednego widza. Ale to nie znaczy, że efektywność wymusza ubóstwo teatru: można wszak podnosić efektywność nie tylko robiąc tańsze spektakle, ale też – przyciągając więcej publiczności. Opłaca się dołożyć dwukrotnie więcej pieniędzy do spektaklu, jeśli dzięki temu przyciągnie on trzykrotnie więcej publiczności.
Natomiast skuteczność to miara procentowa osiągnięcia założonego na wstępie rezultatu. Skuteczność rzadko bywa stuprocentowa, a jeśli taka się okaże, to może oznaczać czasami, że zbyt ostrożnie zaplanowaliśmy rezultaty. Natomiast zdarza się także skuteczność zerowa.
Generalnie najefektywniejsze są zawsze te przedsięwzięcia, które biorą na warsztat sprawy najłatwiejsze, najprostsze. Ale ich skuteczność jest bardzo ograniczona, bo tanio da się zrobić tylko niewielki, najprostszy kawałek każdej złożonej roboty. Te zaś przedsięwzięcia, które biorą sobie za cel obszary coraz trudniejsze w danej sprawie, stają się wprawdzie stopniowo coraz skuteczniejsze, bo osiągają coraz większą część ogólnego celu, jednak tym samym spada stopniowo ich efektywność, bo kolejne, coraz trudniejsze fragmenty roboty pociągają za sobą coraz większe koszty na każdą jednostkę rezultatu. Między efektywnością a skutecznością jest więc stała konkurencja: trzeba mądrze ustalać poziom oczekiwanej skuteczności, nie narzucając sobie nierealistycznie wysokiego wskaźnika, bo to popchnęłoby nas w stronę nieefektywności. Z kolei efektywność nie może być celem sama w sobie: „tańszy Dotleniacz” – to może oznaczać: „pseudo-dotleniacz”. Efektywność jest wartością tylko w ramach sensownie zaplanowanej skuteczności. Nie ma wszak nic głupszego niż efektywniej robić coś, co jest zupełnie nieskuteczne.
Spróbujmy na poczekaniu wymyślić jakąś formę porównania efektywności i skuteczności (hipotetycznych) konkurencyjnych projektów zagospodarowania tej samej przestrzeni: niech to będzie – przykładowo – Dotleniacz Rajkowskiej i monumentalna realizacji z pomnikiem Bohaterstwa Polaków Ratujących Żydów. Procedurę taką zawsze musielibyśmy rozpocząć od ustalenia, jakiemu celowi publicznemu ma służyć to miejsce w nowej aranżacji. Jeśli ten cel to „przyjazne miejsce przyciągające mieszkańców, sprzyjające integracji społecznej i podnoszące jakość życia” to trudno wątpić, że wygra Dotleniacz. Ale jeśli priorytetowym celem publicznym jest „upamiętnienie bohaterstwa Polaków” to skuteczniejszy może okazać się pomnik. Dyskusja powinna toczyć się więc na poziomie celów, a nie od razu na poziomie rozwiązań. Nie koniec jednak na tym: Jeśli nawet w debacie ustali się konsens, że celem jest „upamiętnienie bohaterstwa”, to zgłaszane projekty warto teraz porównywać w kategoriach nie tylko skuteczności, ale i efektywności. Oczywiście, że skonstruowanie sensownych wskaźników porównujących, która realizacja lepiej „upamiętnia”, nie będzie łatwe, ale jednak proszę zauważyć: gdybyśmy wstępnie uznali najprostszy wskaźnik: ilość osób które zadeklarują w ankiecie, że zostały poruszone czy skłonione do refleksji przez kontakt z daną aranżacją placu, to możemy wówczas porównać przewidywaną efektywność różnych projektów. Jeśli nawet nabralibyśmy przekonanie, że pomnik „upamiętnia” w sposób oczywisty, bezpośredni i czytelny dla niemal każdego, a Dotleniacz poruszy pamięć tylko niewielu, tylko tych najwrażliwszych, to dalej nie zwalnia nas z przyglądania się efektywności na poziomie rezultatów i szczególnie oddziaływań. Czy w kategoriach pobudzania pamięci społecznej i kształtowania społecznej świadomości na pewno więcej jest warta oczywista lecz powierzchowna refleksja przed spiżowym monumentem: „aha, ratowali, no tak”, czy może większe oddziaływanie miałaby pogłębiona refleksja nielicznych, którzy wypoczywając w mgle Dotleniacza zastanawialiby się nad losem własnych dziadków po obu stronach muru getta? Dotleniacz w tym zakresie wydaje się być przekazem mniej masowym, jednak nie jest wykluczone, że byłby przekazem dużo głębszym. Dotleniacz ma moc zatrzymywania ludzi, zwalnianie tempa i skłaniania do refleksji. Wątpię aby pięć minut przy składaniu kwiatów pod pomnikiem mogło konkurować z kilkugodzinnym pobytem-medytacją nad wodą Dotleniacza. Czy w Warszawie mamy jakieś miejsca pamięci mające zdolność zatrzymywania na dłużej, skłaniania do powrotów? Mamy jedno takie miejsce: Muzeum Powstania Warszawskiego. Wystarczy uświadomić sobie jak bardzo niestandardowa to placówka, aby przestać szukać dobrych rozwiązań wśród rozwiązań standardowych.
A co do efektywności, a więc liczenia pieniędzy: pozwólmy sobie na chwilę na absolutne uproszczenie i zadajmy pytanie efektywnościowe: ile „poruszenia pamięci” za każdą wydaną złotówkę? Intuicja podpowiada mi, że w tej konkurencji pobiłby na głowę wszystkie pomniki genialny i wzruszający w swej prostocie pomysł Gołdy Tencer, aby pomnikiem stała się zrekonstruowana w tym miejscu przedwojenna studzienka Marconiego, z której oligoceńską wodę czerpaliby jak przed wojną Polacy i Żydzi, Warszawiacy i przyjezdni, starzy i młodzi, ci spędzający czas przy Dotleniaczu i ci z pobliskiego kościoła. Taka studzienka, niezwykle silny symbol życia, miałaby szansę być najefektywniejszym znakiem pamięci, biorąc pod uwagę, że była by pewnie stukrotnie tańsza od konkurencyjnych pomników. To projekt skromny, nienatrętny i nie ekspansywny, zostawiający przestrzeń dla Dotleniacza.
Prowadzona w sposób planowy i spokojny rozmowa – najpierw o szerszych celach, a potem o możliwej skuteczności ich osiągnięcia i na koniec o efektywności – potrafi bodajże uporządkować to, co w emocjach przeradza się jedynie w kłótnię nie rozumiejących się stron.
Refleksje
Gdy się myśli o niepowodzeniach dialogu artyści – administracja – mieszkańcy, dość łatwo popaść w pułapki stereotypów i zacząć o urzędnikach myśleć jako o bezdusznych biurokratach, o artystach – jako o roszczeniowych pięknoduchach oderwanych od realiów, a o mieszkańcach jako o niekompetentnym tłumie łatwo manipulowanym przez populistów. Refleksja, którą chciałbym się podzielić z Czytelnikami, brzmi: precz z takimi stereotypami! Żadna ze stron tego trudnego dialogu nie jest taka, jak nieprzychylny stereotyp o niej.
Gąszcz przepisów, których musi przecież przestrzegać administracja, to prawdziwy niepojęty labirynt i chwała tym, którzy nas przez ten labirynt umieją skutecznie przeprowadzić. Urzędnik nie jest przecież autorem nieżyciowych często regulacji, ale odpowiada za ich stosowanie. Każdy, kto z przyjemnością spogląda na palmę na Rondzie de Gaulle’a, niech pamięta, że ktoś przedtem musiał cierpliwie zadbać o spełnienie wszystkich przepisów dotyczących prowizorycznych konstrukcji wysokościowych usytuowanych pomiędzy liniami rozgraniczającymi pasa drogowego w terenie zabudowy. To nie była bynajmniej wdzięczna praca, ale bez niej palma nie mogłaby stanąć. Rzetelny urzędnik w dobrze zorganizowanej instytucji, to nasz cenny partner, a nie potencjalny wróg.
Artyści z kolei pomagają nam nie zapomnieć o sensie. Przepisy tworzą jedynie ramy, ale w tych ramach sens tworzymy my sami. W epoce ponowoczesnej, kompulsywnie rozedrganej i galopującej w oszałamiającym tempie bez chwili zatrzymania na refleksję, fundamentalnie ważna jest obecność tych, którzy nie dają się biernie porwać prądowi. Potrzebne są ich palmy i dotleniacze – wyspy, przy których my, niesieni przez prąd, mamy szansę zakotwiczyć na chwilę i dzięki nim – nie zwariować.
Wreszcie mieszkańcy, przez lata odsunięci od współdecydowania o sprawach publicznych, zaskakująco szybko uczą się podmiotowego uczestnictwa w publicznej debacie. Poczuwają się do zabierania głosu. I ten vox populi okazuje się zaskakująco świadomy, konstruktywny, rzeczowy, mądry.
Rekomendacje
Na koniec proszę pozwolić mi na udzielenie kilku rekomendacji. Dedykuję je wszystkim tym, którzy w przyszłości będą debatować o kolejnych obiektach sztuki w przestrzeni publicznej, o kolejnych wydarzeniach artystycznych i o kształcie publicznego roztaczanego mecenatu nad nimi.
Po pierwsze – chciałbym zarekomendować zrozumienie odmiennych uwarunkowań, w jakich działają poszczególne strony debaty. Bez tego zrozumienia możliwa będzie tylko kłótnia, wzajemne pretensje i ogólna frustracja doznawana przez wszystkich zainteresowanych. Zrozumienie zaś musi się zacząć od odrzucenia stereotypów o partnerach debaty.
Po drugie – chciałbym zarekomendować odwagę. Decyzje w tym obszarze nie mogą polegać na podążaniu „bezpiecznymi, sprawdzonymi ścieżkami”. Kultura, to także – a może nawet przede wszystkim – obszar nieskrępowanych poszukiwań, bezkompromisowych wypowiedzi, prowokacji artystycznych... Kultura domaga się od nas okazania śmiałości.
Po trzecie – wydaje mi się, że warto zarekomendować spojrzenie długofalowe. Od wielu inwestycji oczekujemy skutków natychmiastowych. W odniesieniu do kultury także mamy prawo oczekiwać natychmiastowego rezultatu, choćby w postaci poruszenia wśród społeczności. Ale chcąc ocenić całościowy skutek zrealizowania danego obiektu, czy wydarzenia, powinniśmy cierpliwie zaczekać na jego oddziaływania.
Po czwarte wreszcie – być może w sytuacjach, w których lokalne strony dialogu spodziewają się zasadniczych trudności lub kompletnego niepowodzenia dialogu na temat obecność sztuki w przestrzeni publicznej, warto zaangażować w dialog czwartą stronę: ekspertów. Nie chodzi tu o ekspertów od orzekania, co jest a co nie jest sztuką i co ma się podobać mieszkańcom. Rola ekspertów jest w takim dialogu inna: powinni to być eksperci od prowadzenia konstruktywnego dialogu: czasami negocjatorzy-rozjemcy, czasami moderatorzy, czasami po prostu możliwie bezstronni doradcy. Obecność takich ekspertów, przeważnie na początku kwestionowana przez wszystkie strony, albo co najmniej przyjmowana przez nie bez entuzjazmu, szybko ujawnia swoje bezsporne zalety. Za chwilę eksperci stają się nieodzownym „czwartym partnerem”. Taki ekspert-moderator będzie potrzebny nie w każdym przypadku, ale kiedy nie umiemy się dogadać sami, wydaje się, że eksperci mogą być wielce przydatni.
Ale – to tylko zdanie eksperta....

sztark sztark

11.05.09, 00:56

Oddziaływanie
Masz dużo racji, Wojtek. Opisujesz sytuacje, w których artysta jest w zgodzie, porozumieniu z władzą publiczną. Oddziaływanie, które dla sztuki jest ważniejsze niż produkt, czy rezultat, pojawia się najskuteczniej w postaci anarchistycznej interwencji w przestrzeń miasta np. jak graffiti.

jerbel jerbel
(moderator)

11.05.09, 08:43

Efektywność czyli co?
Ja nie do końca jestem przekonana czy mówienie o efektywności, w przypadku skutków działań artystycznych nie jest pułapką. Trudno wyliczyć jaką wartość - zarówno społeczną, jak w przyszłości związaną z potencjalnymi korzyściami ekonomicznymi - mogą mieć projekty artystyczne. Czy nie lepiej założyć, że sztuka jest narzędziem stymolowania pewnych relacji, za której skutki należy brać odpowiedzialność, ale których nie należy próbować przewidywać, aby potem rozliczać?

Artysta czy artystka nie jest wyrobnikiem władz miasta i mieszkańców, ale partnerem w tworzeniu przestrzeni miasta. Pytanie kto jest cziym klientem mocno to domniemane partnerstwo zachwiewa.

Wojciech_Klosowski Wojciech_Klosowski

11.05.09, 10:24

Czy pytać o efektywność sztuki?
Joanna, problem polega na tym, że jeśli chcemy publicznego dofinansowywania sztuki (a chcemy! ja chcę na pewno), to nie unikniemy rozmowy o kryteriach tego finansowania. Gdzie nie ma kryteriów przejrzystych i jasnych, tam natychmiast pojawią się kryteria ciemne i mętne. Pieniądze "na sztukę" pójdą do kieszeni kolesiów. Dalej: przestrzeń miejska jest zasobem wyczerpywalnym. Nie tylko zajęcie jej fragmentu na parking wypiera z tego fragmentu - przykładowo - Dotleniacz; tak samo umieszczenie tam kiepskiego pomnika i betonowego placu defilad wypiera Dotleniacz. Trzeba mieć więc jakieś kryteria, według których będą zapadały publiczne decyzje o przestrzeni. Bo sposoby użytkowania przestrzeni są wzajemnie konkurencyjne i jak wybieramy jedno, to tym samym rezygnujemy z drugiego.
***
Oczywiście piekielnie trudno jest znaleźć odpowiednio subtelne, a nie prostackie, kryteria efektywności dzieł sztuki. Jak zdefiniujemy oczekiwane efekty? Jak będziemy je mierzyć, aby wyniki tych pomiarów nie ośmieszyły naszej metody? Ale - lepsze niedoskonałe kryteria efektywności, niż całkowity brak kryteriów. Bo w braku kryteriów nastąpi natychmiast podział przestrzeni publicznej między korupcję i awanturnictwo: korupcja dostanie cztery piąte (bo jest silniejsza) a awanturnictwo wyawanturuje sobie jedną piątą i postawi na niej Pomnik Ofiar Antypolonizmu: krzyż skrępowany drutem kolczastym. Dla sztuki nie zostanie nic.

Wojciech_Klosowski Wojciech_Klosowski

11.05.09, 10:38

Oddziaływanie - graffiti ;)
sztark:
Oddziaływanie, które dla sztuki jest ważniejsze niż produkt, czy rezultat, pojawia się najskuteczniej w postaci anarchistycznej interwencji w przestrzeń miasta np. jak graffiti.


Poprzedni mój post chyba się nie opublikował :( Więc jeszcze raz: Marek, pełna zgoda, jasne. Oddziaływanie ma polegać szczególnie na tym, żeby ludzi zarazić kreatywnością, zainspirować, żeby za chwilę sami nie mogli spokojnie usiedzieć. Graffiti, scena alternatywna, vlepki, flash-moby, gry miejskie, cuda-niewidy. Twórczy ferment w klubach, na uczelniach, na podwórkach, na placach i w sieci. Głupia władza wpada w panikę, jak się takie oddziaływanie zaczyna. A mądra władza zaciera ręce. Bo kreatywność to rozwój.

paulina_capala paulina_capala

11.05.09, 15:29

warszawa.ngo.pl czyta o kulturze w mieście
http://warszawa.ngo.pl/wiadomosc/454006.html

jerbel jerbel
(moderator)

12.05.09, 22:01

Jak policzyć polepszenie jakości przestrzeni publicznej
Wojtku, ale jeśli mówimy o efektywności i zakładamy, że jednym z celów jest polepszenie jakości przestrzeni publicznej i stymulowanie życia w przestrzeni miasta to pojawia się pytanie jak je policzyć?
I nie chodzi mi tutaj tylko o zaczepki intelektualne, ale o problem, który pojawia się w momencie, kiedy chcemy po pierwsze zewaluować/ocenić projekt, a po drugie albo przekształcić go z projektu tymczasowego na stały (jak w przypadku Dotleniacza) albo przenieść gdzie indziej.
Jakie wtedy stosować kryteria? Czy liczba osób, k†óre korzysta i zaludnia dane miejsce, czy czas jaki spędzają w nim na raz? Czy może różnorodność etniczna, klasowa, wiekowa, czy każda inna?

bartekkozek bartekkozek

31.05.09, 01:28

Domy kultury a sztuka w mieście
Ponieważ dyskusja weszła na dość szerokie wody, a na dodatek sporo pojawiło się w niej kwestii partycypacji i mierzenia jej wartości, wydaje mi się, że dobrze znaleźć miejsce, gdzie ów proces negocjacji różnych interesów może być najlepiej wyartykułowany - a więc domów kultury. Pozwolę sobie zatem wkleić mojego posta z blogu Zielona Warszawa na ten temat:

We wsi, której kiedyś mieszkałem, zaszła dość symptomatyczna zmiana. Zdewastowany dom kultury został odnowiony i zmieniony w... restaurację, służącą z tego, co wiem, głównie do obsługi ślubów. Z jednej strony dobrze - z tego co wiem nic tam się nie działo, a tak przynajmniej jakieś miejsca pracy były. Z drugiej zaś strony - cóż, w takim wypadku miejscami, które jeszcze mogą integrować lokalną społeczność, pozostały: szkoła, kościół i boisko. W kościele wiadomo, jakiego typu wspólnota powstać może (w najlepszym wypadku - wiernych, nadal zatem daleko do uniwersalizmu bez wykluczeń), a na boisku - takoż. Można by rzec, że skoro zaraz za rogiem jest miasto, tego typu obiekt nie jest aż tak potrzebny, jednak jeśli kiedykolwiek mamy zamiar cieszyć się społeczeństwem obywatelskim i podwyższonym kapitałem kulturowym, to zmiana domu kultury w restaurację raczej ten proces opóźnia niż przyspiesza.

Z ciekawością przeczytałem raport "Zoom na domy kultury", dotyczący sytuacji DK na terenie województwa mazowieckiego. Siłą rzeczy najbardziej interesujące mnie dane dotyczą Warszawy, jednak ich porównanie z ośrodkami w mniejszych miejscowościach również jest dość symptomatyczny. Wyniki badań sondażowych, przeprowadzonych wśród nastolatków, pokazują dość jasno - należy dość mocno rozważyć rolę domów kultury w dużym mieście. Nie da się tu być może osiągnąć tak dużej frekwencji na zajęciach jako procentu mieszkanek i mieszkańców dzielnicy (procent ów i tak w kategorii liczb absolutnych prezentuje się całkiem okazale), jednak już nad dostępnością informacji o działaniach DK i nad skojarzeniami z domem kultury popracować warto i trzeba.

Przejdźmy teraz do suchych faktów - ich analiza jest dość utrudniona z powodu anonimowości dzielnic, jednak przy pomocy Internetu ich tożsamość daje się odczytać. W 4 warszawskich dzielnicach, w których przeprowadzono badania, dom kultury dla młodych ludzi nie jest alternatywą jako miejsce spędzania wolnego czasu - w 3 dzielnicach w ogóle nie pojawia się w odpowiedziach. Większość ankietowanych w stolicy nie zna osoby albo instytucji, które w ich bezpośrednim otoczeniu zajmują się kulturą. Znacząco większy niż na wsiach i w małych miastach odsetek nie wie, gdzie znajduje się DK w ich dzielnicy i - uśredniając w kategorii stolicy - większy jest odsetek osób, które nie wiedzą na temat działalności swojej podstawowej instytucji kulturalnej.

Czy wszystkie powyższe tendencje (dokładne liczby można wyczytać w raporcie, bardzo gorąco zachęcam do zapoznania się z nim) da się wytłumaczyć li tylko bogatszą ofertą miasta jako takiego? Trochę tak, jednak nie czarujmy się z drugiej strony, że mnóstwo osób młodych wybiera organizacje pozarządowe czy teatry. Nawet, gdyby pododawać do siebie tego typu wskaźniki, okazałoby się, że udział w kulturze - jeśli nie będziemy w jego obrębie liczyć koncertów Dody albo wyjść do kina na większość hollywoodzkich produkcji - nie jest porażający. Nie chodzi mi tu o ciskanie gromów, tym bardziej, że spora grupa osób młodych spędza czas na nauce w szkole i późniejszej jej kontynuacji na zajęciach pozaszkolnych. Chodzi o to, że dla wielu osób dom kultury nie pojawia się w ogóle jako dopuszczalna alternatywa, głównie z powodu braku informacji na temat ich działalności.

W dzisiejszych cyfrowych czasach rola informacji jest kluczowa dla powodzenia wielu instytucji - w tym kulturalnych. W Warszawie intensywnie używa się do tego celu Internet, o czym DK wiedzą i proponują w sporej swej części całkiem niezłe zdaniem autorek i autorów strony. Problem polega na tym, że brakuje na nich narzędzi służących interakcji i budowaniu społeczności wokół DK, takich jak na przykład newsletter czy forum. Nie wykorzystuje się też niestety możliwości informowania za pomocą własnej, darmowej gazety - wielka szkoda, bowiem sam się przekonałem, że ludzie traktują tego typu promocję dużo bardziej życzliwie, niż na przykład szablonowe ulotki. W dzielnicach położonych przy metrze albo stacjach kolejowych tego typu publikacje rozchodzą się jak świeże bułeczki i z pewnością byłyby w stanie przyciągnąć do domów kultury więcej osób.

Być może jest to też dobry sposób na to, by przyciągnąć i przekonać do swojej oferty mężczyzn w wieku 30-60 lat, najsłabiej reprezentowanej grupy wśród uczestników zajęć? Otwarcie DK w czasie weekendu niewątpliwie sprzyja pozyskiwaniu tej grupy. Nie jest ona łatwa do przekonania - stereotypy kulturowe sprawiają, że częściej woli ona oglądać mecz w telewizji czy pójść na ryby, a jeśli już konsumuje kulturę, to półkę wyżej - muzea, filharmonie czy też teatry. Pewną strategią jej wkluczania mogą być zajęcia rodzinne, podczas których można na przykład rozdać ankiety z prośbą o wpisanie propozycji, które mogłyby wydać się atrakcyjne dla tejże grupy. Może się okazać, że warto będzie pomyśleć na przykład o zajęciach z boksu, albo wręcz przeciwnie. Jeśli się nie zapyta, trudno będzie o dobranie odpowiedniej oferty.

Istotną grupą powinny być też osoby w trudnej sytuacji materialnej. Zagrożone społeczną degradacją i izolacją, jak żadne inne potrzebują poprawy kapitału kulturowego i kontaktów międzyludzkich. W Warszawie spora grupa zajęć oferowanych przez DK jest płatna, słuszne zatem są płynące z raportu sugestie dotyczące wzrostu elastyczności w tej kwestii. Osoby ubogie - ale nie tylko - powinny mieć szansę np. odpracować swój udział w zajęciach poprzez wolontariat (chociażby rozdawanie gazet czy wieszanie plakatów w szkołach). Dom kultury może w ten sposób pełnić funkcję integracyjną i socjalną, w sposób wcale nie gorszy niż ośrodki pomocy społecznej.

Skoro o integracji już mowa, to nie ma chyba bardziej od DK predestynowanej do tej roli instytucji publicznej. Mogą one pełnić - a w stolicy niestety, poza nielicznymi wskazanymi w raporcie wyjątkami, nie pełnią - funkcję spajającą lokalną społeczność i odkrywającą przed nią specyfikę danej dzielnicy. Pamiętajmy, że dajmy na to Mokotów różni się od Ursynowa, Żoliborza czy Pragi Południe i warto te różnice pokazywać - po to, by cieszyć się różnorodnością. Wyzwaniem jest ilość mieszkanek i mieszkańców w dzielnicy i jej wielkość, jednak warto owo wyzwanie podjąć, inaczej Warszawianki i Warszawiacy pozostaną zatomizowani, zamiast tworzyć aktywne społeczności lokalne.

Oczywiście nad postulatami, będącymi zapalnikami dyskusji warto się pochylić. Ja na przykład nie jestem aż tak wielkim jak autorki i autorzy entuzjastą pracy metodą projektów - nie odrzucam jej, jednak wiem, jak wygląda proces pozyskiwania na nie pieniędzy. Jedną ważną rzecz usłyszałem podczas szkoleń z pozyskiwania funduszy - ubieganie się o nie wymaga odwrócenia perspektywy i zastanawiania się nie, jaki fundusz pomoże nam w naszym projekcie, ale jaki projekt mamy przygotować, by otrzymał on odpowiednie dofinansowanie. Zmiana optyki wcale nie musi ułatwiać realizacji potrzeb lokalnej społeczności i wymaga więcej pracy - niemniej jest ona zapewne możliwa, szczególnie, jeśli rozpatrywać będziemy projekty jako metodę pracy, a nie sposób finansowania. Podobnych kwestii jest znacznie więcej i mam nadzieję, że publikacja "Zoom na domy kultury" pomoże tym placówkom w dokonaniu niezbędnych zmian w funkcjonowaniu i poprawie jakości ich działania.
W sumie: 26 «123»
« Styczeń 2018 »
PnWtŚrCzPtSbNd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
10.05.2010
Kwestia przestrzeni publicznej - czy istnieje czy nie istnieje? - wciąż jest jednym z bardzo popularnych tematów dyskusji o przestrzeni miejskiej.
więcej »
10.05.2010
Czy ulica Słoneczna różni się Cmentarnej? Ulica Komarowa od Wołoskiej? Czy przemianowanie Ronda Babka na Rondo Radosława ma znaczenie? Czy obchodzi nas, że w centrum Warszawy jest rondo Dmowskiego, skoro i tak zwyczajowo wszyscy spotykają się "pod Rotundą"? Czy znaki poziomie i pionowe, które codziennie mijają niosą ze sobą jakieś znaczenie?
więcej »
26.04.2010
ZASP zbiera podpisy pod apelem w sprawie wstrzymania prac nad poprawkami do uchwały „o zmianie ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej i innych ustaw dotyczących zmian prawa kultury".
więcej »
26.04.2010
Wygląda na to, że sytuacja niezależnych grup artystycznych w naszym kraju jest dość opłakana. W niskich budżetach miast (w tym również Warszawy) przewidziano dla nich nadzwyczaj niskie dotacje.
więcej »
26.04.2010
Natura zwykle jest inspiracją dla sztuki i architektury, znacznie rzadziej projekty artystyczne uwzględniają rośliny i zwierzęta jako potencjalnych użytkowników. Zdarzają się jednak nieliczne, ale wyjątki.
więcej »
01.04.2010
The Association for Cultural Economics International organizuje w czerwcu w Kopenhadze 16. Międzynarodową Konferencję Ekonomika Kultury.
więcej »

Joanna Erbel

Feministka, socjolożka, fotografka, aktywistka.
Bibliografia i ciekawe linki do dyskusji
Partner technologiczny
Orange
Partnerzy
Województwo Małopolskie Urząd Miasta Krakowa
Współorganizatorzy
Uniwersytet Krakowskie
Organizator
NCK
Pod patronatem
Ministerstwo
Partnerzy medialni
Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo