Popularny podział na tzw. kulturę wysoką (elitarną) i masową (niską) związany jest z poczuciem egalitaryzmu kultury jako takiej. Odpowiada to też naszemu potocznemu systemowi skojarzeń:
kultura = teatr, literatura, muzeum… Nie dajmy się jednak zwieść fałszywemu przeświadczeniu o wyższości tzw. kultury wysokiej nad masową. Bo też, mówiąc nieco żartobliwie, nie samym Chopinem kultura żyje. Nie uruchamiałbym tu – bynajmniej – mechanizmu wartościującego. Kultura masowa i tzw. wysoka wzajemnie się uzupełniają i są sobie potrzebne.

To, co dawniej było masowe, dziś często jest szczytem elitarności i odwrotnie. Mariaż kultury elitarnej i jej przedstawicieli z kulturą masową jest bardzo popularny (choćby słynna puszka Warhola - to element sztuki masowej stworzony przez artystę). Jednak zdiagnozowanie tych relacji należy już do kompetencji historyka sztuki.

Każda gałąź tzw. kultury wysokiej ma swój odpowiednik w przemyśle masowej produkcji. Co więcej, kultura masowa jest chyba najbardziej rynkową gałęzią kultury w ogóle. Utrzymuje się samodzielnie (nie potrzebuje dotacji) i przynosi zyski. Świetnie działa w warunkach gospodarki rynkowej. Dawniej, jeśli chciało zobaczyć się dajmy na to dzieła Alfonsa Muchy, trzeba było pojechać do Pragi, dziś można na niego spoglądać przy porannej herbacie – patrzy na nas w zminiaturyzowanej formie z kubka. Bo to kolejna cecha przemysłu kultury masowej – dopasowanie pod względem formy do szerokiego (masowego) odbiorcy.

Kultura masowa – czy się nam to podoba, czy nie – jest gigantycznym przemysłem. To nasza rzeczywistość, także gospodarcza. Wszyscy też jesteśmy jej odbiorcami i uczestnikami zarazem. Co warte odnotowania, bardzo dobrze wpisuje się w demokratyczne procesy. Więc jeśli nie przemawia do nas jej estetyka, to doceńmy chociaż jej udział w gospodarce rynkowej. A najlepiej nauczmy się dobrze zarabiać na Supermanie, Myszce Miki i Frankensteinie. Oczywiście, w naszym polskim wydaniu.