Sztuka w przestrzeni publicznej: głos cierpliwego doradcy
Perypetie Dotleniacza Rajkowskiej i wynikła przy tej okazji mini-debata z udziałem mieszkańców, Miasta i samej Artystki wypowiadającej się przede wszystkim milcząco poprzez swoją realizację, nastraja do szerszej refleksji. Warto z tego rodzaju doświadczeń, wyciągać wnioski ogólniejsze; posłużą one następnie sensowniejszemu kształtowaniu dialogu wokół sztuki w przestrzeni publicznej. Zanim wskażę na ważne zdaniem eksperta dylematy dialogu artyści – samorząd – mieszkańcy, proszę pozwolić mi na refleksję osobistą: tak się składa, że zanim wiele lat temu zacząłem pracować jako ekspert-konsultant samorządowy (a potem przez krótki czas także jako urzędnik samorządowy), wcześniej po ukończeniu ASP przez kilka lat byłem przede wszystkim aktywnym twórcą, a potem długo łączyłem obie aktywności. Jestem też od urodzenia mieszkańcem miasta nieobojętnym na to, jak moje miasto się rozwija. Mam więc poczucie pewnej identyfikacji z każdą ze stron, tej trudnej rozmowy. A taki właśnie życzliwy „równy dystans” do każdej ze stron jest niezbędny, jeśli ekspert ma się przydać jako czwarty uczestnik dialogu.
***
Dylematy współpracy
Chciałbym zaproponować Szanownemu Czytelnikowi, abyśmy na chwilę z wysokiej sfery sztuki zeszli na przyziemny poziom praktyki zarządzania publicznego. Abyśmy na chwilę spróbowali spojrzeć na całą sytuację okiem kogoś kto musi zadbać o przejrzyste procedury, dobre wydawanie publicznych pieniędzy i sprawne osiąganie sensownych celów publicznych. Z takiego punktu widzenia odnotowuję co najmniej cztery ważne dylematy, które muszą być rozstrzygnięte, jeżeli dialog twórcy – samorządowcy – mieszkańcy ma się zakończyć współpracą i przestrzenią publiczną wzbogaconą przez sztukę, a nie – awanturą i ogólną frustracją. Oto – zarysowane w największym skrócie – te cztery dylematy:
• Kto ustanawia wartości, kto wyznacza cele?
• Kto jest czyim klientem?
• Jaka jest istota artystycznych projektów publicznych? Mówiąc językiem zarządzania publicznego: co jest ich produktem, co rezultatem a co – oddziaływaniem?
• Jak mierzyć efektywność i skuteczność przedsięwzięć obszaru sztuki wspieranych przez budżet publiczny?
Przyjemniej byłoby rozmawiać o sztuce językiem zupełnie innym, językiem porządku wartości i symboli. Mówić o jakości przestrzeni publicznej, poszukiwać wspólnego paradygmatu aksjo-semiotycznego, właściwego danej społeczności w danym miejscu i czasie. Jednak – skoro rozmowa tamtym językiem nie udaje się, spróbujmy na chwilę użyć innego języka: może właśnie on umożliwi trudne porozumienie?
***
Kto ustanawia wartości? Kto wyznacza cele?
Mówiąc językiem praktyki zarządzania publicznego, przez „cel” rozumiemy „przyszły, pożądany stan rzeczy, jaki zamierzamy osiągnąć”. Mówiąc dokładniej: tak jest na poziomie operacyjnym, bo na poziomie strategicznym „cele” to po prostu wartości, jakie zamierzamy zrealizować poprzez nasze działania. Przy dobrym planowaniu cele wytycza się zawsze najpierw, a dopiero do wytyczonych celów dobiera stosowne środki, ale w praktyce – jak wiemy – często bywa odwrotnie: ludzie dużo dokładniej mają przemyślane, co będą robili, niż – po co to będą robili. Przy dobrym planowaniu ten, kto w organizacji wyznacza generalne cele, wydaje się być ważniejszy od tego, kto potem jedynie zarządza warstwą wykonawczą. Stąd nasze tytułowe pytanie, kto ma wyznaczać cele, jest pytaniem delikatnym, bo dotyczy też prestiżu i władzy.
Kto powinien wyznaczać cele publiczne? Spróbujmy zawęzić tu pytanie do ścisłego tematu naszych rozważań: kto ma wyznaczać wspólne cele w obszarze kultury? Mądra reguła zarządzania publicznego, że generalne cele powinni demokratycznie obierać sami mieszkańcy jako lokalna społeczność, nie może mieć przecież mechanicznego zastosowania w sferze kultury; tu rzecz jest bardziej złożona. Choć niewątpliwie społeczność ma szerokie prawo współdecydowania o przestrzeni w której żyje, to z drugiej strony – dzieł sztuki nie tworzy się przez demokratyczne głosowanie! Z pokorą uznajemy, że są pośród nas ci, którzy tworzą dzieła i nie pytają nas o zdanie, sami decydują co tworzą. Nam pozostaje przyjąć dzieło lub je odrzucić, lecz nie śmiemy domagać się współdecydowania o jego kształcie. W odbiorze sztuki króluje demokracja, ale w tworzeniu sztuki demokracji nie ma.
Skoro więc nie wydaje się słuszne aby o kształcie dzieł sztuki w przestrzeni miasta decydowała czysta demokracja, to – kto ma to robić? Czyżby w obrębie kultury to właśnie artyści mieli wytyczać cele? Czy to oni powinni decydować, jakie obiekty sztuki powstaną i jakie wydarzenia artystyczne odbędą się wokół nas? Czyżby samorząd miał wyłączyć się z tworzenia wizji w tym zakresie, a poprzestać na wykonawczym i finansowym wspieraniu artysty?
To nie takie proste. Artyści są wprawdzie właścicielami swoich kreatywnych pomysłów, ale na ogół nie są właścicielami przestrzeni, w której te pomysły mają być urzeczywistnione, ani pieniędzy, które mają sfinansować koszt artystycznej realizacji. Przestrzeń i pieniądze są na ogół publiczne. To samorząd dysponuje pieniędzmi z podatków każdego z nas i nikt samorządu nie wyręczy w niewdzięcznej roli skrupulatnego strażnika efektywności ekonomicznej publicznych wydatków, w tym – efektywności wydatków na sztukę i kulturę. Ponadto samorząd jest też strażnikiem wykonywania prawa na swoim terenie: przepisy budowlane, przeciwpożarowe, ochrony środowiska, zdrowia, ochrony zabytków i sto innych obszarów składa się na sferę odpowiedzialności samorządu. Jeżeli mielibyśmy wątpliwość, czy urzędnicy mogą znać się na sztuce, to nie mamy raczej wątpliwości, że jak nikt znają się na ramach formalnych w których sztuka w przestrzeni miasta musi się zmieścić. Więc czyżby to jednak administracja miała wyznaczać cele i rozliczać twórcę z ich realizacji? Skoro nie demokratyczny głos zbiorowy mieszkańców i skoro nie sami tylko twórcy, to – może cele powinni formułować fachowi urzędnicy? Przyznacie jednak Państwo, że wizja kultury, w której urzędnicy wyznaczają wartości i cele artystom, wywołuje dreszcz niepokoju.
Żadne z wymienionych rozwiązań: ani dyktatura gustu większości, ani samowola urzędników, ani nieograniczone prawo artystów do dysponowania publiczną kasą i przestrzenią, nie wydają się możliwe do zaakceptowania. Pozostaje mozolne poszukiwanie rozwiązania gdzieś po środku: próba skonstruowania mecenatu publicznego, świadomego i konsekwentnego, ale zarazem pełnego szacunku dla autonomii twórczej i dla prawa społeczności do uczestnictwa w decyzjach. Samorząd jest wprawdzie gospodarzem przestrzeni publicznej, ale nie jest w żadnym wypadku jej właścicielem. Powinien być z niej jedynie inicjatorem debaty. W nowoczesnych miastach przestrzeń Corbusierowska, w której naczelną organizującą ją zasadą był ład planistyczny zarządzony przez władzę publiczną, ustępuje coraz szerzej przestrzeni Habermasowskiej, w której zasadą jest ciągły dyskurs. Przestrzeń odgórnie i trwale zdefiniowana robi miejsce dla nowoczesnej przestrzeni definiującej się nieustannie w żywej debacie. Tytułowy dylemat: kto wyznacza cele, znajduje więc tylko jedną mądrą odpowiedź: wyznacza się je wspólnie, w ciągłej rozmowie opartej na wzajemnym zrozumieniu odmienności i równej ważności trzech punktów widzenia: twórców-wizjonerów, urzędników pilnujących budżetu i mieszkańców, którzy mają prawo do współkształtowania przestrzeni wokół siebie.
Jak jednak upilnować równowagi w debacie, w której jedna strona uważa się za dużo ważniejszą od pozostałych? Być może odpowiedzią na to będzie rekomendowany na końcu tego artykułu udział ekspertów, jako moderatorów takiego dialogu? Pozostawiam czytelnika z tym pytaniem.
***
Kto jest czyim klientem? Kto winien do kogo przyjść?
Tak dotarliśmy do drugiego dylematu: kto w relacji administracja – twórca ma być czyim klientem? Akurat te dwie strony debaty dysponują przecież komplementarnymi zasobami na rzecz kultury: jedna – potencjałem twórczym, a druga – pieniędzmi i uprawnieniami. Obie powinny być więc w równym stopniu zainteresowane współpracą. Zasoby komplementarne i ekwiwalentne co do wartości warto łączyć, a nie wojować nimi. Sytuacja, w której artystka miesiącami brnie przez nieprzyjazne procedury, doznając niechętnej bierności urzędników, zamiast ich fachowej pomocy, jest absurdalnym marnowaniem energii społecznej. Przecież właśnie udzielanie pomocy klientowi w sprawach formalno-proceduralnych jest oficjalną misją instytucji administracyjnych. Dlaczego więc w praktyce tak łatwo pomoc zastąpić postawą niechętnej bierności? Oto moja hipoteza na ten temat: przyczyną jest brak poczucia w administracji, że to co przynoszą artyści, jest dla miasta cenne. Nie ma symetrii oczekiwań między stronami: jedna strona ma w dyspozycji zasób, na którym drugiej w oczywisty sposób zależy: przestrzeń i pieniądze, ale druga musi dopiero przekonać tę pierwszą, że to, co może dać w zamian, jest cenne.
Sprawę mogłoby uratować mocniejsze poczucie misji w administracji, większa świadomość, dla jakiego celu istnieją poszczególne instytucje. Ale poczucie misji nie jest rozłożone równo: misyjność jest przecież naturalną domeną twórców nie urzędników. Rajkowska, póki chodzi po ziemi, będzie na niej zapewne stawiała swoje palmy, wyczarowywała dotleniacze i dokonała innych poruszających zmian; o to możemy być spokojni. Urzędnik samorządowy ma zupełnie inną perspektywę i jest to naturalne: czeka spokojnie na odnośne pismo z inicjatywą, zareaguje na nie proceduralnie w ustawowym terminie, sprawdzi przedtem przepisy. Załatwiane sprawy rzadko są dla niego pasjonujące, raczej dzieli je na łatwe (bo typowe) i na trudne (bo nietypowe). Na rzecz nietypową (a czy w sztuce są w ogóle jakieś sprawy typowe?) zareaguje najostrożniej jak się da. Mamy w takich sytuacjach odruch, aby widzieć w tym jego złą wolę; jednak tak naprawdę winna jest często źle zorganizowana instytucja. Fatalny system motywacyjny, jaki dominuje w naszej administracji publicznej od czasów Maxa Webera, nie nagradza za odnoszenie sukcesów, ale karze za pomyłki i błędy. Rzadko słyszymy o urzędniku nagrodzonym za wykazanie inicjatywy ponad swoje obowiązki i przyczynienie się do ważnego celu publicznego. Za to cztery różne systemy kontrolne czuwają w każdej chwili nad tym, czy dany urzędnik nie popełnił pomyłki. Czy w takim systemie może dziwić zachowawczość? Zaryzykuję stwierdzenie, że w lepszym systemie nagradzającym za inicjatywę i dającym większe prawo do błędu w sytuacjach nietypowych, przy przedsięwzięciach innowacyjnych, ci sami ludzie na tych samych urzędowych stanowiskach pokazaliby inną twarz i włączyli się z zaangażowaniem w jak najszybsze powstanie Dotleniacza; skoro Dotleniacz oczarowuje niemal każdego kto się z ni zetknie, dlaczego nie miałby oczarować i umotywować urzędników?
Ale – aby to mogło się urzeczywistnić, trzeba modernizować instytucje administracji publicznej: trzeba pracować nad internalizacją ich misji przez urzędników, nad systemem motywacji i nagradzania, nad zupełnie inną ewaluacją jakości pracy poszczególnych osób i całych instytucji. Trzeba te instytucje i tych ludzi umotywować do odnoszenia sukcesów, a nie tylko – do niepopełniania błędów.
Tymczasem obecnie mamy jednak sytuację nierównej motywacji: twórcom twórczość jest potrzebna do życia, zarówno w sensie wysokim: osobistej potrzeby spełniania się, jak i w sensie przyziemnym: potrzeby zarobienia na życie. Natomiast administracji sztuka i kultura wydają się nie być niezbędne do funkcjonowania. To w najgorszym przypadku stawia twórców w roli petentów u urzędniczej klamki, a w nieco lepszym – w roli ciągłych wnioskodawców, inicjatorów projektów, które administracja przyjmie do współfinansowania, lub nie. „Mam taki a taki twórczy pomysł: wydajcie niezbędne zgody i sfinansujcie jego realizację” – to zdanie opisuje syntetycznie stan obecny współpracy.
Tymczasem na początku powiedzieliśmy, że potencjały stron są komplementarne i równie istotne, a więc – obu stronom mogłoby zależeć w równym stopniu. Mogłoby częściej zdarzać się, że to administracja poszukuje inicjatyw i projektów do wsparcia publicznymi środkami. „Mamy pieniądze, jesteśmy gotowi załatwić wszelkie sprawy formalne, zapraszamy cię z twoimi twórczymi pomysłami” – taki model współpracy powinien zdarzać się równie często, jak opisany powyżej.
Dylemat brzmi więc: jak zrównoważyć podaż pomysłów i inicjatyw twórczych popytem administracji na te pomysły i inicjatywy? Na razie takiej równowagi brakuje.
***
Jaki produkt? Jaki rezultat? Jakie oddziaływanie?
Kiedy zastanawiamy się, po co nam obiekty sztuki w przestrzeni publicznej, mamy odruch mówienia o wartościach i przeżyciach estetycznych, intelektualnych i emocjonalnych, o wzruszeniach i doznaniach. O naszej potrzebie zatrzymania i kontemplacji, czy o naszej potrzebie przeżycia katharsis. Tymczasem ja znów muszę poprosić czytelnika o cierpliwe pozostanie na poziomie bardzo przyziemnym. Zarządzanie publiczne – zainspirowane metodologią wypracowaną pod koniec lat 90-tych w ramach polityki strukturalnej Unii Europejskiej – posługuje się trzema pojęciami dla opisania skutków wszelkich (a więc i kulturalnych) przedsięwzięć publicznych. W skutek zaangażowaniu publicznego wkładu (input) w dane przedsięwzięcie, wynikają z niego po pierwsze produkty (outputs), następnie rezultaty (results) a wreszcie – oddziaływania (impacts).
• Produkty, to wszystko to, co powstało, lub odbyło się w sensie fizycznym: np. wybudowana droga, czy zrealizowane szkolenie. W obszarze kultury produktami będą przykładowo: wybudowany budynek muzeum, wystawiony spektakl teatralny, wydrukowany nakład książki, odegrany koncert. Wskaźniki (miary) produktu będą wyrażone w jednostkach fizycznych: metrach kwadratowych powierzchni użytkowej budynków, ilościach przedstawień czy koncertów, wydrukowanych nakładach wydawnictw... Produkt jest namacalny, konkretny i łatwo mierzalny. Produkt w wypadku Dotleniacza to sztuczny staw o takiej a takiej powierzchni, konstrukcji i kształcie, instalacje w nim zamontowane i miejsca do siedzenia wokół.
• Inaczej jest z rezultatem: rezultat, to bezpośrednia i natychmiastowa korzyść odniesiona przez beneficjenta w wyniku skorzystania z produktu. Nie budujemy przecież muzeum dla samego muzeum; ono ma czemuś i komuś służyć. Rezultat to właśnie to, że dzięki uruchomieniu muzeum ktoś może z czegoś korzystać. Kto i z czego? To właśnie wskaźniki rezultatu: ilości osób odwiedzających muzeum, ilość osobo-godzin spędzonych przez nie na zwiedzaniu (ciekawa ekspozycja zatrzyma odwiedzającego dłużej), ilości kilogramów gliny zużytej przez dzieci próbujące ulepić garnek w muzealnej pracowni archeologii eksperymentalnej itd. O ile wskaźnik produktu pokazywał co zrealizowaliśmy (np. 12 tys. m2 powierzchni muzealnej), o tyle wskaźniki rezultatu pokażą nam, kto i na ile z tego następnie chce korzystać. Rezultaty są ważniejsze od produktów. Mówiąc dobitnie: produkt ma sens tylko o tyle, o ile generuje potem wartościowy rezultat. A zdarzają się przecież obiekty wybudowane za dziesiątki milionów, które następnie stoją puste i martwe, czy publiczne wydania dzieł zalegających następnie magazyny; to przykłady produktów bez rezultatu. W wypadku Dotleniacza rezultatem jest możliwość przebywania przez taką a taką liczbę ludzi przez kilkanaście godzin codziennie w magicznym miejscu, korzystanie przez nich z wyciszenia, z wypoczynku. To konkretne – proszę mi wybaczyć ten język – osobo-godziny spędzone na rozmowach z sąsiadami, na które być może od lat brakowało czasu i dogodnego miejsca, lub po prostu przesiedziane w ciszy na przyniesionym z domu krzesełku wśród ozonowej mgiełki…
• Mamy wreszcie trzecią warstwę skutków każdego publicznego projektu, także istotną dla oceny jego wartości: to oddziaływania. Oddziaływania, to skutki odroczone i rozproszone, doznawane przez beneficjentów po kilku latach, lub w ogóle poza grupą przewidywanych beneficjentów. To różnego rodzaju długofalowe wpływy i „odpryski” naszych działań. Przykładem oddziaływań projektów kulturalnych jest np. zwiększona kreatywność danej populacji, większy w niej odsetek postaw twórczych. Jeśli produktem jakiegoś projektu było wygospodarowanie 120 m2 powierzchni muzealnej na pracownię eksperymentalną dla młodzieży, a z kolei rezultatem było 10,5 tysiąca osobo-godzin zajęć w tej pracowni rocznie (jako miara faktycznego zainteresowania tą ofertą), to przykładowym oddziaływaniem może być np. odnotowany po pięciu latach wskaźnik sukcesów naszej młodzieży w zdobywaniu zatrudnienia w zawodach twórczych, wyższy niż średnio w województwie. Oddziaływaniem Dotleniacza będzie zapewne (już jest?) aktywizacja społeczna – jedna z najcenniejszych wartości społeczeństwa obywatelskiego. To poczucie, że jesteśmy współgospodarzami miejsca wokół nas i mamy zarówno prawo jak i obowiązek dbać i walczyć o nie, zamiast czekać co zechcą zrobić z nim wielcy gracze lokalnego układu: władze i inwestorzy.
Czego należy oczekiwać po współpracy samorząd – twórcy? To bardzo ważne: nie samych tylko produktów! Samorząd bardzo często ma przekonanie, że płaci za produkt i tegoż produktu domaga się do rozliczenia. Tymczasem należałoby umawiać się na rezultaty a nie na produkty. Nie uważać za rozliczony projektu teatralnego, w ramach którego odbyło się pięć spektakli. Uważać za to za zrealizowany i rozliczony projekt, w ramach którego odbyły się tylko trzy z pięciu zaplanowanych spektakli, ale za to sala pękała w szwach i pisały o nas entuzjastycznie warszawskie media.
Czy „Dotleniacz” jest wartościową realizacją? Wydaje się, że część przedstawicieli administracji dostrzega w Dotleniaczu jedynie produkt: niewielki sztuczny staw na jednym z tysięcy miejskich trawników, a więc nic szczególnego, ot, fragment zieleni miejskiej, jakich w Warszawie mamy mrowie. Tymczasem aby sensownie rozmawiać o Dotleniaczu, trzeba dostrzec jego rezultat i oddziaływanie. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia: ludzie, ludzie delektujący się fragmentem żywej przestrzeni w martwym centrum metropolii, ludzie odwiedzający to miejsce ciszy i refleksji wyczarowane wśród hałasu zagłuszającego leżące tuż pod chodnikami ruiny getta, ci ludzie stanowią żywą odpowiedź. Gdyby Dotleniacz był realizacją martwą, „produktem bez rezultatu”, nie gromadziłby wokół siebie tej zaskakująco intensywnej obecności, zainteresowania i zaangażowania mieszkańców. Oddziaływaniem Dotleniacza jest z kolei na pewno szersza zmiana postaw samych mieszkańców, wzrost ich poczucia własnej podmiotowości i sprawczości.
Zwrócenie uwagi na rezultaty i oddziaływania to zwrócenie uwagi na mieszkańców. Nie przypisaliśmy mieszkańcom kluczowej roli na etapie inicjowania i tworzenia dzieł. Ale przypominamy ich kluczową rolę w korzystaniu z dzieł, rolę, która nadaje dziełom sens.
Za koncentrowaniem całej współpracy na produktach przemawiają niby względy prostoty organizacyjnej i taniości działań. Ale filozofia: „mamy oferenta, który taniej wykopie większy Dotleniacz” jest smutna w swej krótkowzroczności: czy wokół „tańszego dotleniacza” zechcą pojawić się ludzie? A to przecież właśnie ich obecność jest wskaźnikiem rezultatu. Skupienie się na produktach było łatwiejsze, ale za skupianiem się na rezultatach i oddziaływaniach przemawiają względy sensowności działań.
***
Jak mierzyć efektywność i skuteczność współpracy?
Proszę wybaczyć, że znów przez chwilę wysoką sferę kultury spróbuję zakotwiczyć w przyziemnej sferze ekonomii. Publiczne projekty kulturalne, podobnie jak wszelkie projekty, powinny być zarazem efektywne i skuteczne. Wyjaśnijmy więc, co to jest efektywność i czym różni się od skuteczności? Artyści mają prawo tego nie wiedzieć ale co gorsza – często nie wiedzą tego urzędnicy.
Efektywność ekonomiczna przedsięwzięcia, to po prostu koszt uzyskania jednostki jego rezultatu . Jesteśmy tym efektywniejsi, im taniej umiemy zrobić daną rzecz, lub im więcej umiemy zrobić za daną kwotę. Przedstawiając sprawę w wielkim uproszczeniu: projekt teatralny jest tym efektywniejszy ekonomicznie, im mniej kosztuje spektakl w przeliczeniu na jednego widza. Ale to nie znaczy, że efektywność wymusza ubóstwo teatru: można wszak podnosić efektywność nie tylko robiąc tańsze spektakle, ale też – przyciągając więcej publiczności. Opłaca się dołożyć dwukrotnie więcej pieniędzy do spektaklu, jeśli dzięki temu przyciągnie on trzykrotnie więcej publiczności.
Natomiast skuteczność to miara procentowa osiągnięcia założonego na wstępie rezultatu. Skuteczność rzadko bywa stuprocentowa, a jeśli taka się okaże, to może oznaczać czasami, że zbyt ostrożnie zaplanowaliśmy rezultaty. Natomiast zdarza się także skuteczność zerowa.
Generalnie najefektywniejsze są zawsze te przedsięwzięcia, które biorą na warsztat sprawy najłatwiejsze, najprostsze. Ale ich skuteczność jest bardzo ograniczona, bo tanio da się zrobić tylko niewielki, najprostszy kawałek każdej złożonej roboty. Te zaś przedsięwzięcia, które biorą sobie za cel obszary coraz trudniejsze w danej sprawie, stają się wprawdzie stopniowo coraz skuteczniejsze, bo osiągają coraz większą część ogólnego celu, jednak tym samym spada stopniowo ich efektywność, bo kolejne, coraz trudniejsze fragmenty roboty pociągają za sobą coraz większe koszty na każdą jednostkę rezultatu. Między efektywnością a skutecznością jest więc stała konkurencja: trzeba mądrze ustalać poziom oczekiwanej skuteczności, nie narzucając sobie nierealistycznie wysokiego wskaźnika, bo to popchnęłoby nas w stronę nieefektywności. Z kolei efektywność nie może być celem sama w sobie: „tańszy Dotleniacz” – to może oznaczać: „pseudo-dotleniacz”. Efektywność jest wartością tylko w ramach sensownie zaplanowanej skuteczności. Nie ma wszak nic głupszego niż efektywniej robić coś, co jest zupełnie nieskuteczne.
Spróbujmy na poczekaniu wymyślić jakąś formę porównania efektywności i skuteczności (hipotetycznych) konkurencyjnych projektów zagospodarowania tej samej przestrzeni: niech to będzie – przykładowo – Dotleniacz Rajkowskiej i monumentalna realizacji z pomnikiem Bohaterstwa Polaków Ratujących Żydów. Procedurę taką zawsze musielibyśmy rozpocząć od ustalenia, jakiemu celowi publicznemu ma służyć to miejsce w nowej aranżacji. Jeśli ten cel to „przyjazne miejsce przyciągające mieszkańców, sprzyjające integracji społecznej i podnoszące jakość życia” to trudno wątpić, że wygra Dotleniacz. Ale jeśli priorytetowym celem publicznym jest „upamiętnienie bohaterstwa Polaków” to skuteczniejszy może okazać się pomnik. Dyskusja powinna toczyć się więc na poziomie celów, a nie od razu na poziomie rozwiązań. Nie koniec jednak na tym: Jeśli nawet w debacie ustali się konsens, że celem jest „upamiętnienie bohaterstwa”, to zgłaszane projekty warto teraz porównywać w kategoriach nie tylko skuteczności, ale i efektywności. Oczywiście, że skonstruowanie sensownych wskaźników porównujących, która realizacja lepiej „upamiętnia”, nie będzie łatwe, ale jednak proszę zauważyć: gdybyśmy wstępnie uznali najprostszy wskaźnik: ilość osób które zadeklarują w ankiecie, że zostały poruszone czy skłonione do refleksji przez kontakt z daną aranżacją placu, to możemy wówczas porównać przewidywaną efektywność różnych projektów. Jeśli nawet nabralibyśmy przekonanie, że pomnik „upamiętnia” w sposób oczywisty, bezpośredni i czytelny dla niemal każdego, a Dotleniacz poruszy pamięć tylko niewielu, tylko tych najwrażliwszych, to dalej nie zwalnia nas z przyglądania się efektywności na poziomie rezultatów i szczególnie oddziaływań. Czy w kategoriach pobudzania pamięci społecznej i kształtowania społecznej świadomości na pewno więcej jest warta oczywista lecz powierzchowna refleksja przed spiżowym monumentem: „aha, ratowali, no tak”, czy może większe oddziaływanie miałaby pogłębiona refleksja nielicznych, którzy wypoczywając w mgle Dotleniacza zastanawialiby się nad losem własnych dziadków po obu stronach muru getta? Dotleniacz w tym zakresie wydaje się być przekazem mniej masowym, jednak nie jest wykluczone, że byłby przekazem dużo głębszym. Dotleniacz ma moc zatrzymywania ludzi, zwalnianie tempa i skłaniania do refleksji. Wątpię aby pięć minut przy składaniu kwiatów pod pomnikiem mogło konkurować z kilkugodzinnym pobytem-medytacją nad wodą Dotleniacza. Czy w Warszawie mamy jakieś miejsca pamięci mające zdolność zatrzymywania na dłużej, skłaniania do powrotów? Mamy jedno takie miejsce: Muzeum Powstania Warszawskiego. Wystarczy uświadomić sobie jak bardzo niestandardowa to placówka, aby przestać szukać dobrych rozwiązań wśród rozwiązań standardowych.
A co do efektywności, a więc liczenia pieniędzy: pozwólmy sobie na chwilę na absolutne uproszczenie i zadajmy pytanie efektywnościowe: ile „poruszenia pamięci” za każdą wydaną złotówkę? Intuicja podpowiada mi, że w tej konkurencji pobiłby na głowę wszystkie pomniki genialny i wzruszający w swej prostocie pomysł Gołdy Tencer, aby pomnikiem stała się zrekonstruowana w tym miejscu przedwojenna studzienka Marconiego, z której oligoceńską wodę czerpaliby jak przed wojną Polacy i Żydzi, Warszawiacy i przyjezdni, starzy i młodzi, ci spędzający czas przy Dotleniaczu i ci z pobliskiego kościoła. Taka studzienka, niezwykle silny symbol życia, miałaby szansę być najefektywniejszym znakiem pamięci, biorąc pod uwagę, że była by pewnie stukrotnie tańsza od konkurencyjnych pomników. To projekt skromny, nienatrętny i nie ekspansywny, zostawiający przestrzeń dla Dotleniacza.
Prowadzona w sposób planowy i spokojny rozmowa – najpierw o szerszych celach, a potem o możliwej skuteczności ich osiągnięcia i na koniec o efektywności – potrafi bodajże uporządkować to, co w emocjach przeradza się jedynie w kłótnię nie rozumiejących się stron.
Refleksje
Gdy się myśli o niepowodzeniach dialogu artyści – administracja – mieszkańcy, dość łatwo popaść w pułapki stereotypów i zacząć o urzędnikach myśleć jako o bezdusznych biurokratach, o artystach – jako o roszczeniowych pięknoduchach oderwanych od realiów, a o mieszkańcach jako o niekompetentnym tłumie łatwo manipulowanym przez populistów. Refleksja, którą chciałbym się podzielić z Czytelnikami, brzmi: precz z takimi stereotypami! Żadna ze stron tego trudnego dialogu nie jest taka, jak nieprzychylny stereotyp o niej.
Gąszcz przepisów, których musi przecież przestrzegać administracja, to prawdziwy niepojęty labirynt i chwała tym, którzy nas przez ten labirynt umieją skutecznie przeprowadzić. Urzędnik nie jest przecież autorem nieżyciowych często regulacji, ale odpowiada za ich stosowanie. Każdy, kto z przyjemnością spogląda na palmę na Rondzie de Gaulle’a, niech pamięta, że ktoś przedtem musiał cierpliwie zadbać o spełnienie wszystkich przepisów dotyczących prowizorycznych konstrukcji wysokościowych usytuowanych pomiędzy liniami rozgraniczającymi pasa drogowego w terenie zabudowy. To nie była bynajmniej wdzięczna praca, ale bez niej palma nie mogłaby stanąć. Rzetelny urzędnik w dobrze zorganizowanej instytucji, to nasz cenny partner, a nie potencjalny wróg.
Artyści z kolei pomagają nam nie zapomnieć o sensie. Przepisy tworzą jedynie ramy, ale w tych ramach sens tworzymy my sami. W epoce ponowoczesnej, kompulsywnie rozedrganej i galopującej w oszałamiającym tempie bez chwili zatrzymania na refleksję, fundamentalnie ważna jest obecność tych, którzy nie dają się biernie porwać prądowi. Potrzebne są ich palmy i dotleniacze – wyspy, przy których my, niesieni przez prąd, mamy szansę zakotwiczyć na chwilę i dzięki nim – nie zwariować.
Wreszcie mieszkańcy, przez lata odsunięci od współdecydowania o sprawach publicznych, zaskakująco szybko uczą się podmiotowego uczestnictwa w publicznej debacie. Poczuwają się do zabierania głosu. I ten vox populi okazuje się zaskakująco świadomy, konstruktywny, rzeczowy, mądry.
Rekomendacje
Na koniec proszę pozwolić mi na udzielenie kilku rekomendacji. Dedykuję je wszystkim tym, którzy w przyszłości będą debatować o kolejnych obiektach sztuki w przestrzeni publicznej, o kolejnych wydarzeniach artystycznych i o kształcie publicznego roztaczanego mecenatu nad nimi.
Po pierwsze – chciałbym zarekomendować zrozumienie odmiennych uwarunkowań, w jakich działają poszczególne strony debaty. Bez tego zrozumienia możliwa będzie tylko kłótnia, wzajemne pretensje i ogólna frustracja doznawana przez wszystkich zainteresowanych. Zrozumienie zaś musi się zacząć od odrzucenia stereotypów o partnerach debaty.
Po drugie – chciałbym zarekomendować odwagę. Decyzje w tym obszarze nie mogą polegać na podążaniu „bezpiecznymi, sprawdzonymi ścieżkami”. Kultura, to także – a może nawet przede wszystkim – obszar nieskrępowanych poszukiwań, bezkompromisowych wypowiedzi, prowokacji artystycznych... Kultura domaga się od nas okazania śmiałości.
Po trzecie – wydaje mi się, że warto zarekomendować spojrzenie długofalowe. Od wielu inwestycji oczekujemy skutków natychmiastowych. W odniesieniu do kultury także mamy prawo oczekiwać natychmiastowego rezultatu, choćby w postaci poruszenia wśród społeczności. Ale chcąc ocenić całościowy skutek zrealizowania danego obiektu, czy wydarzenia, powinniśmy cierpliwie zaczekać na jego oddziaływania.
Po czwarte wreszcie – być może w sytuacjach, w których lokalne strony dialogu spodziewają się zasadniczych trudności lub kompletnego niepowodzenia dialogu na temat obecność sztuki w przestrzeni publicznej, warto zaangażować w dialog czwartą stronę: ekspertów. Nie chodzi tu o ekspertów od orzekania, co jest a co nie jest sztuką i co ma się podobać mieszkańcom. Rola ekspertów jest w takim dialogu inna: powinni to być eksperci od prowadzenia konstruktywnego dialogu: czasami negocjatorzy-rozjemcy, czasami moderatorzy, czasami po prostu możliwie bezstronni doradcy. Obecność takich ekspertów, przeważnie na początku kwestionowana przez wszystkie strony, albo co najmniej przyjmowana przez nie bez entuzjazmu, szybko ujawnia swoje bezsporne zalety. Za chwilę eksperci stają się nieodzownym „czwartym partnerem”. Taki ekspert-moderator będzie potrzebny nie w każdym przypadku, ale kiedy nie umiemy się dogadać sami, wydaje się, że eksperci mogą być wielce przydatni.
Ale – to tylko zdanie eksperta....