Prawo autorskie nie ma ostatnio dobrej prasy, do czego w części przyczyniają się czasem uprawnieni egzekwując przysługujące im prawa w sposób, który nie może być społecznie dobrze odbierany (np. wszczynając proces i uzyskując milionowe odszkodowanie przeciwko samotnej, bezrobotnej matce za udostępnianie plików w sieciach p2p). Niekiedy słychać też głosy, że prawo autorskie stało się przeżytkiem na skutek rozwoju nowych technologii i jego obrona na dłuższa metę skazana jest na niepowodzenie, choćby ze względów faktycznych (łatwość kopiowania i udostępniania utworów w internecie). Inni wskazują, że prawo autorskie staje się barierą rozwoju wiedzy, utrudniając dostęp do wartościowych publikacji. Zarówno w głosach krytyki, jak i w głosach obrońców status quo trudno doszukać się spójnej wizji przyszłości. Moje osobiste zdanie na ten temat jest takie, że w związku z prawem autorskim wytworzyło się zbyt wiele fałszywych wyobrażeń oraz nieuprawnionych uogólnień, które utrudniają racjonalna wymianę poglądów. Co zatem należałoby sobie wyjaśnić?
Po pierwsze, wypada zadać pytanie, po co prawo autorskie istnieje. Odpowiedź na nie mogłaby być obszerną monografią, ale na razie poprzestańmy na tym, że istnieją dwa podstawowe wyjaśnienia, które wbrew spotykanemu często przekonaniu wcale się nie wykluczają. Zgodnie z jednym z nich utwór jest ściśle powiązany z osobą twórcy, a zatem chroniąc go chronimy także tę osobę. Dodaje się, że jest czymś naturalnym, by prawo chroniło, podobnie jak własność, wytwory ludzkiego umysłu, ponieważ nie istnieje nic bliższego człowiekowi i w związku z tym bardziej zasługującego na ochronę, niż taki wytwór. Drugie wyjaśnienie jest utylitarne. Opiera się ono na założeniu, że generalnie powinno się wspierać twórczość i kreatywność. Ponieważ dobra intelektualne mają cechy, które sprawiają, że może z nich korzystać równocześnie wiele osób (inaczej niż w przypadku rzeczy, która ze swej natury jest jedna i korzystanie z niej przez jedną osobę wyklucza korzystanie przez inne) i nie podlegają zużyciu podczas owego korzystania (chodzi o utwór, a nie przedmiot w którym jest ucieleśniony, np. papierową książkę), w braku prawnej ochrony utwór stawałby się dobrem publicznym, z którego każdy mógłby za darmo do woli korzystać. W związku z tym twórcy straciliby bodźce do tworzenia, ponieważ rezultaty ich pracy (wymagające często istotnych nakładów) nie mogłyby przynosić jakiegokolwiek przychodu.
Po drugie, nie jest wcale prawdą, że ludzie nie chcą prawa autorskiego. Dobrym argumentem na poparcie tej tezy jest praktyka stosowania tzw. licencji creative commons. Okazuje się, że większość osób, które udostępnia swe utwory na tej zasadzie godzi się by czynić to nieodpłatnie, ale tylko wtedy, gdy korzystanie nie następuje do celów komercyjnych. Innymi słowy, ludzie nie chcą, by na ich twórczości zarabiał ktoś inny. Za komercyjne wykorzystanie, tego co stworzyli większość osób oczekuje wynagrodzenia.
Po trzecie, powstaje pytanie, czym możnaby zastąpić obecnie obowiązujący model. Niektórzy starają się nas przyzwyczaić do świata, w którym dobra kultury dostępne są za darmo, a ich twórcy zarabiają w inny sposób. Tak czyni np. Chris Anderson w książce „Free” (zob. też artykuł w Wired: http://www.wired.com/techbiz/it/magazine/16-03/ff_free), pokazując liczne przykłady (np. książka może być dostępna za darmo, ale udział w spotkaniach z autorem już nie). Ostatecznie jednak sam autor dochodzi do wniosku, że nie jest to uniwersalny model i trudno się z ta konstatacją nie zgodzić. Jeśli zatem nie wszystko powinno (może) być dostępne za darmo, to jak wygląda przyszłość?
Wydaje się więc, że na pytanie, czy prawo autorskie jest potrzebne, trzeba na razie dać konserwatywną, pozytywną odpowiedź. Przynajmniej dopóki ktoś nie przedstawi realnej i rozsądnej alternatywy, to jednak jak dotąd jeszcze nie miało miejsca.



Polski














