"Clubbing" wśród obrazów
Paweł Hertz z namaszczeniem wchodząc do Muzeum Narodowego w Krakowie, nie krył swojej niechęci do płótna, na którym po prostu rozpięty został stary parasol. Wspominał o nim w tekście „Miary i wagi” z 1978 roku, gdzie następnie przedstawiał swoje wątpliwości, czy można „to” nazwać „obrazem”. Niemożliwe jest przecież patrzenie na tę kompozycję z „nabożeństwem” czy „skupieniem”, jakiego doświadcza się oglądając obrazy starych mistrzów. Dla zachowania konsekwencji w myśleniu i w czynach poeta zapomniał, czyj to obraz i nie raczył nas powiadomić, czy to, aby nie o Tadeusza Kantora chodziło.
Passons. Od lat 70 w Polsce muzeum zapewne stało się jeszcze bardziej niż bardziej - „muzeum”. I oto od niedawna spada nam z gwieździstego, unijnego nieba idea Nocy Muzeów.
Muzeum nocą wypada dostosować do widza, którym nie jest Paweł Hertz ani osoby z pokrewnym temperamentem.
Ponoć w NM wzięło udział w zeszłym roku około 200 tysięcy osób.
200 tysięcy osób jednej nocy w warszawskich muzeach ! Zwiastowania i Cuda, Zaślubiny i Wieczerniki, jak je wyliczał Hertz, muszą się w tylu oczach przedstawiać nieco inaczej. Strumień życia porywa ze sobą muzealną ciszę. Ikony od dawna nie pełnią funkcji religijnych. Są jeszcze i inne oczy: raz przerażone, a raz smutne rzucane spojrzenia pań pilnujących ekspozycji.
NM - wbrew nim i wbrew Hertzom? Być może... Tylko o tym słyszałem. Jak Wisława Szymborska w wierszu „Pomyłka” („Rozdzwonił się telefon w galerii obrazów, rozdzwonił się przez pustą salę o północy…”) wyobrażałem sobie - stojąc przed gmachem Muzeum Narodowego w Warszawie z grupą rozhasanych przyjaciół. Z góry wiadomo, że o medytacji nad sobą i nad światem przy płótnach nie będzie mowy, nikt przytomny na to zresztą nie liczył. Chodziło o egzotyczny pretekst do spotkania się i tyle. Muzeum otwarte do nawet do 3 w nocy, a przecież wiemy, że kelnerzy w warszawskich lokalach chrząkają znacząco czasem już przed godziną 23.
Pretekst okazał się wyborny, bo ogonek przed gmachem był nie do pokonania. Ale chyba i na to tak naprawdę nie liczyliśmy. Cała gromadka udała się do mieszkania znajomej, celem oglądania przy tartinkach i winie amerykańskiego serialu o posmaku artystycznym. Jak członkowie ZBOWiDU wspominaliśmy Polskę Ludową i kupowanie mięsa na kartki w niekończących się kolejkach.
A propos - pamiętacie Luwr? Apokaliptyczny ścisk u wejścia do, tak, tak, muzeum. Bramki i pisk, wykrywacze metali i wrzask. Ale po chwili tłum przestaje być tłumem, rozprasza się w lancetowatych korytarzach i gargantuicznych salach, a i chwile intymności z dziełem sztuki nie są wykluczone (byleby nie marzyć o spoufalaniu się z niejaką Mona Lizą).
„Edukacja! Nawyk chodzenia do muzeum! Wzniosła idea!”.
Owszem. Nie wypada nawet pchać łyżki dziegdziu do demokratycznego miodu, opłacanego z budżetu m. st. Warszawy. Ale nieszczerze byłoby też zachęcać do NM osobie, która bywa w muzeum z powodów niemożliwych do zrealizowania w 200 tysięcznym tłumie. Warszawskie muzea nie nadają się na NM z racji kubatury.
Jakkolwiek części publiczności będzie to kompletnie obojętne. Muzea dla nich uzyskują inny wymiar. Nietradycyjny. A o to chyba chodziło. I od czasu do czasu w taką noc kolejek warto się pewnie zanurzyć po oczy.
Tak rozsądnie mówią znajomi i dodają, że kiedyś Ludwik II Bawarski życzył sobie dzieł sztuki i koncertów na wyłączność. Lubił samotnie słuchać oper, które w efekcie wystawiano tylko dla niego. Mieszczanie uważali, że monarcha był niespełna rozumu. Dziś można zajrzeć do wnętrz feerycznych zamków, w których władca gustował. Samopas cieszył się w nich sztuką. Nic brzydszego ponad te wnętrza – mówią - w całej Europie ze świecą szukać.
* Jarosław Kuisz, redaktor naczelny portalu www.KulturaLiberalna.pl