Czy kawiarnia to miejsce, do którego głównie chodzi się napić kawy albo spotkać z przyjaciółmi. Nie tylko. Kawiarnie to też miejsca, gdzie można obejrzeć film, poznać lokalnych artystów czy podpisać petycję. Jedną z nich jest warszawska Kępa Cafe na Saskiej Kępie. Alina Pękalska i Katarzyna Kazimierowska opowiadają o potrzebach, które stworzyły kawiarnię i o ogromnym potencjale, jakie dają taka przestrzeń.
Rozmowę przeprowadziła Joanna Erbel.
W piątek, 4 grudnia rozpoczyna się festiwal Warszawa jest kobietą, którego organizatorem jest Fundacja Działań Kulturalnych i Społecznych. Program festiwalu i inne ważne informacje znajdują się na blogu warszawajestkobieta. Zapraszamy!
Joanna Erbel: Skąd się wziął pomysł na otwarcie Kępa kawiarni, która byłaby przestrzenią nakierowaną na lokalną kulturę? Pierwsze wasze spotkania dotyczyły promocji twórczości artystów, którzy albo mieszkają na Saskiej Kępie, ale są z nią związani w inny sposób.

Alina Pękalska: pomysł na Kępę wziął w braku publicznych przestrzeni na Saskiej Kępie, których nie ma, które kiedyś były i nie wiadomo, czy będą.
Joanna Erbel: Ale przestrzeń publiczna może być rozumiana na różne sposoby. Kawiarnia nie jest pierwszą rzeczą, która zazwyczaj kojarzy się z przestrzenią publiczną.
Alina Pękalska: Mówiąc o przestrzeni publicznej, mam na myśli taką przestrzeń, w której ludzie mogą się czuć swobodnie, gdzie można przyjść i sobie pobyć.

Katarzyna Kazimierowska: Kiedy zaczęłyśmy działać, o Saskiej Kępie mówiło się, że jest „pustynią kulturalną” i że nie ma sensu cokolwiek tu robić, bo i tak się nie zaktywizuje ludzi. Postanowiłyśmy zaryzykować i sprawdzić czy jednak można zintegrować ludzi wokół działań związanych z lokalnymi tematami i kulturą.
Joanna Erbel: I jaki był efekt? Czy lokalna społeczną podjęła wyzwanie, której jej rzuciliście.
Katarzyna Kazimierowska: Tak. Mimo różnic wieku, mimo tego, że część osób mieszka na Saskiej Kępie od urodzenia, a inni dopiero od niedawna – ja na przykład mieszkam tu dopiero, a może już 6 lat – zależy jak patrzeć. I okazało się, że mimo różnic, mamy wspólne interesy: chcemy jako mieszkańcy mieć wpływ na to, jak wygląda ulica Francuska. Jak powstanie dom kultury na Saskiej Kępie to chcemy mieć wpływ na jego program. Nie jest tak, że oczekujemy od władzy zapewnienia nam przestrzeni kultury bez możliwości współdecydowania o tym, jaki przyjmą one kształt. Kępa okazała się takim miejscem, gdzie ci ludzie mogą się przede wszystkim spotkać.
Joanna Erbel: Czego dotyczyły pierwsze spotkania
Katarzyna Kazimierowska: Pierwsze spotkanie dotyczyło architektury Saskiej Kępy, a przede wszystkim tradycji architektury modernistycznej, które zorganizowaliśmy z Panią Hanną Faryną. To było takie pierwsze spotkanie, na które zaprosiliśmy głównie starszych mieszkańców. I przyszli, ale przyszli też młodzi. Kępa była pełna. I najfajniejsze było to, że po spotkaniu ludzie zostali i zaczęli rozmawiać. Okazało się, że jedna pani pomoże innej Pani w załatwieniu tego czy tamtego. Że jest pomysł na to, na tamto i że można faktycznie zadziałać. I tak krok po kroku, nienachalnie zaczęłyśmy poznawać tych starszych mieszkańców, a oni nas, i słuchać siebie nawzajem. I teraz tak jest, że jak się spotykają mieszkańcy, którzy chcą coś zrobić to bardzo często tutaj właśnie.
Joanna Erbel: Czyli Kępa stała się takim lokalnym centrum działania.
Katarzyna Kazimierowska: Tak, a co więcej, ludzi zaczęli wpadać zapytać czyś coś się dzieje ważnego. I jest to taka wartość dodana, której się nie spodziewałyśmy do końca. Kępa stała się po prostu takim lokalnym centrum informacji. I to jest bardzo fajne. Przez to też, że ludzie tutaj przychodzą więcej się dowiadujemy i jak potrzeba aktywnie działami. Była raz taka sytuacja, że ktoś z mieszkańców powiedział, że jest taka akcja wycinania trzech topoli w okolicy. I była interwencja: policja, Kępa i dziennikarze – w tej właśnie kolejności. Nie wahałyśmy się ani chwili, bo jak coś się dzieje to trzeba szybko reagować. I takie działania właśnie budują poczucie lokalnej przynależności.
Joanna Erbel: Poza byciem lokalnym centrum aktywności obywatelskiej, oferujecie również bardzo zróżnicowany program. Są u was warsztaty pisania, pokazy filmów. Skąd się biorą pomysły na spotkania? Od was czy od mieszkańców właśnie?
Alina Pękalska: Pół na pół. Nam samym nie brakuje pomysłów, ale przychodzą też różne osoby z gotowymi propozycjami, które zakładają, że chcą to zrobić tutaj albo po prostu szukają jakiegoś wolnego miejsca w dzielnicy. W tym względzie niestety nie ma tu dużej konkurencji.
Joanna Erbel: Niektóre z działań są dość nowatorskie jeśli chodzi o Warszawę, na przykład „bank czasu”. Czym jest „bank czasu” i jak on działa?
Katarzyna Kazimierowska: „Bank czasu” polega na wymianie swoich umiejętności w sposób bez gotówkowy. Na przykład ja cię uczę przez godzinę grać na pianinie, a ty przez godzinę mnie gotować. Ale w tym momencie to jest taka dziura czasowa, bo jeszcze nie zaczął działać. To znaczy nie wiemy, czy nie zaczął działać, bo możliwe, że projekt rozwija się bardzo prężnie, ale my o tym nie wiemy. Bo tak na prawdę to rzuciłyśmy hasło, pojawiły się ogłoszenia na tablicy i nawet nie wiemy czy ktoś sobie nie spisał czyjegoś numeru telefonu, albo maila. Słyszałam, że dwie osoby jakoś się tam dogadały. I dobrze, że to się dzieje samo z siebie, bo my nie potrzebujemy mieć nad tym kontroli. To nie jak, że coś wymyśliłyśmy i będziemy tym teraz zarządzać. Zależy nam głównie na tym, żeby stwarzać przestrzeń, w której coś może się zadziać.
Alina Pękalska: Tak samo jest też z innymi spotkaniami. Dajemy informację, że jest spotkanie dotyczące Saskiej Kępy, czy spotkanie z burmistrzem. Czasami my je moderujemy, a równie chętnie pozwalamy przejąć je innym, a my jesteśmy słuchaczkami. Mam wrażenie, że właśnie ta swoboda, to, że każdy może tu być „po obydwu stronach” sprawia, że goście czują się jak u siebie. Bardzo możliwe, że to właśnie przyciąga ludzi. To właśnie rodzaj przestrzeni, który określam „publiczną”. Wspólną, swobodną, otwartą. Taką normalną.
Joanna Erbel: Uczestniczycie jako Kępa Cafe w różnych festiwalach Saskiej Kępy. Jak wygląda wasz udział?
Katarzyna Kazimierowska: Pierwszym takim poważnym wydarzeniem, w które się zaangażowałyśmy było Święto Saskiej Kępy. Zwykle uczestniczyłyśmy jako odbiorczynie tego święta, a dopiero w zeszłym zaangażowałyśmy się bardziej po stronie organizacyjnej przy tworzeniu programu. I to była droga przez mękę, bo działaliśmy jako społecznicy, więc jednocześnie musiałyśmy to godzić z innymi zajęcia, na przykład z pracą zarobkową. Ale wyszło to bardzo fajnie. Wszyscy bardzo się zaangażowali, bo zależało nam, żeby to było nasze święto. Położyliśmy duży nacisk na lokalność. I wydaje mi się, że wyszło to całkiem fajniej.
Joanna Erbel: Czy ten udział we współtworzeniu festiwalu jakoś zmienił wasz stosunek do Saskiej Kępy?
Katarzyna Kazimierowska: Tak, zdecydowanie. Zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo chcemy mieć wpływ na program kulturalny takich wydarzeń. I to nie tylko my jako Kępa, ale my jako mieszkańcy, jako młodzi mieszkańcy. Jak ważne jest to, żebyśmy mieli wpływ na różne wydarzenia od inwestycji po takie festiwalowe wydarzenia, bo od tego należy jakość naszej przestrzeni. Nie możemy godzić się na to, żeby firma miejska, a podlegająca miastu, która specjalizuje się w robieniu imprez, które mają jeden określony format niezależnie od tego, gdzie się odbywają, miała całkowity wpływ na to jak wyglądają festiwale na Saskiej Kępie. Nie możemy się na to godzić, że by być biernymi konsumentami imprez kulturalnych. Jeżeli coś ma być lokalne i z tego powodu mieć wartość dodaną to potrzebne jest zaangażowanie mieszkańców. Bez tego nie może się udać. Co więcej pokazuje to mieszkańcom, że ich głos się liczy, a oni jako tacy mogą sami współtworzyć lokalną kulturę i nie czekać na to, aż ktoś z zewnątrz przyjdzie i im coś zaoferuje. Wiadomo, że w mieście atrakcyjne jest to, że można być anonimową, ale na dłuższą metę nie jest to przyjemne. Warto się zastanowić w jakim mieście chce się żyć.
Joanna Erbel: Jak widzicie swoją rolę w kontekście całego miasta? Czy zastanawiałyście jaką role może mieć powstawanie takich miejsc jak Kępa dla Warszawy jako takiej? Istnieje wiele kawiarni, które mają intensywny program kulturalny, jak na przykład Chłodna 25 na Woli, ale nie są tak silnie zakorzenione w lokalności.
Alina Pękalska: Kępa raczej nie ma ambicji, żeby zmieniać całe miasto, ale być może ma na nie jakiś wpływ. Może dzięki temu, że pokazuje, że kulturę i działalność obywatelską można mieć tuż koło domu. Nie trzeba jechać ”do miasta.” Chcąc zmienić świat warto zacząć od swojego ogródka. Bardzo sensowne wydaje mi się to proste hasło: „Myśl globalnie, działaj lokalnie.” Kępa jest zarazem jedyną kawiarnią, która posiada status partnera ogólnopolskiej Koalicji Sprawieldliwego Handlu i dość aktywnie działa na rzecz Fairtrade w Polsce. Dużą wagę przywiązujemy do pochodzenia produktów jakie sprzedajemy, zazwyczaj są to polskie produkty lokalne bądź importowane od drobnych rolników i spółdzielni z Arfyki, Ameryki Środkowej, Chin.
Katarzyna Kazimierowska: My jesteśmy tu, znamy tą przestrzeń tych ludzi i wiele możemy tu zrobić. Nie chodzi o to, że mamy ograniczone horyzonty, ale że uważamy, że tutaj możemy działać najskuteczniej. Nie jesteśmy odcięte od świata, ale aktywnie kontaktujemy się również z innymi centrami kultury. Przyglądamy się temu, co dzieje w Warszawie i w Polsce i czerpiemy wzorce.
Joanna Erbel: Ja bardzo cenię to, co robicie, ponieważ Kępa zdała mi sprawę z tego, jak bardzo brakuje mi podobnej przestrzeni na Mokotowie. I że mimo, że jest tam kilka kawiarni i przestrzeni kultury to jest jeszcze wiele do zrobienia. Co więcej to, co robicie to jest takie kreowanie mody na lokalność. Pokazujecie, że jeśli interesujecie się swoją ulicą to jest to tak sama cool jakbyście się interesowali całym miastem czy państwem. Oraz że to, czego szukamy jeżdżąc do Berlina, Londynu, Paryża, jest również tutaj: od fairtrade’owej kawy, przez alternatywną kulturę po zaangażowanie lokalne.
Alina Pękalska: Staramy się.
Katarzyna Kazimierowska: To pewnie wynika z tego, że obydwie czujemy, że jesteśmy na właściwym miejscu. Żyjemy tu, mieszkamy i oddychamy tym samym powietrzem. Działamy również na innych polach, ale to to miejsce czujemy najlepiej, bo stąd jesteśmy.
Alina Pękalska: I może przez to, że jesteśmy stąd i lepiej rozumiemy jaka powinno wyglądać miejsce, które będzie przyjazne mieszkańcom, gdzie poczują się jak u siebie. Nie jesteśmy jak dom kultury, który ma rozpisany program na następne miesiące. Działamy znacznie bardziej spontanicznie. Nie jesteśmy też knajpą, która jest nastawiona przede wszystkim na sprzedaż. Jesteśmy chyba po prostu otwarci na ludzi, miasto, to co się wokół nas dzieje. Ta przestrzeń – dosłownie i w przenośni – ma ogromny potencjał.
Joanna Erbel: Rzeczywiście tak jest jak mówisz. Że teoretycznie jest to kawiarnia, w której się wydaje pieniądze, żeby kupić kawę, ale jednak czuje się, że jest to przestrzeń bezinteresowna. Jeśli ktoś chce tu przyjść poczytać książki o Saskiej Kępie, które zgromadziłyście, nie ma problemu. Można też przyjść, posiedzieć i poprzyglądać się temu, co tu się dzieje czy popracować.
Katarzyna Kazimierowska: Tak rzeczywiście jest. Tu jest zupełnie niezobowiązująco. Są ludzie, którzy wpadają tylko po kawę i zaraz wychodzą, ale są i tacy, którzy wrastają w kawiarnie. Miłe też jest to, że czasami patrzę na zegarek, jest 15:45 i wiem, że zaraz przyjdzie ten Pan, a potem za dwie godziny ktoś inny. Wiadomo, co kto zamówi i jak. I to nawet nie są już stali klienci, ale już wspólni znajomi, którzy wpadają po drodze do domu. Przychodzi też wielu obcokrajowców, co jest związane z tym, że na Saskiej Kępie jest z jednej strony sporo ambasad, a z drugiej ma długą tradycję wielokulturową. Przychodzi sporo Francuzów, Amerykanów, Rosjan. Przychodzi jeden pan Wietnamczyk. Mamy tu bardzo duży przekrój ludzi. Ostatnio przyszło na kawę dwóch budowlańców, którzy rozmawiali o książce, którą właśnie czytają. I musiała być ona bardzo wciągająca, bo jeden pytał się drugiego, czy już doszedł do tego momentu, w którym coś tam. Na co ten drugi, że jeszcze, ale jak tylko wróci do domu to doczyta. I w ogóle byli bardzo fajni, zabawni.
Joanna Erbel: Tworzycie przestrzeń, która zachęca do rozmów o kulturze, ale też w nienachalny sposób edukujecie przez książki, które można u was poczytać. Pamiętam jak kilkakrotnie czekając na kogoś przeglądała książki o Saskiej Kępie i dowiedzieć się czegoś, o czym nie wiedziałam wcześniej. I dzięki temu trochę inaczej patrzę na okolicę.
Katarzyna Kazimierowska: Bo my tutaj popieramy ideę Kanta, który uważał, że cały świat jest w pokoju w którym się znajduje, i dlatego nigdy nie wyjechał z Królewca. „Niebo gwiaździste nade mną. Prawo moralne we mnie”. Oczywiście mówię to ironicznie, ale chcę przez to powiedzieć, że bycie tutaj, spotykanie mieszkańców Saskiej czy innych ludzi może być takim doświadczenie, które otwiera nas na świat, poszerza nasze spojrzenie.
Alina Pękalska: Kiedyś takim miejscem spotkań i wymiany informacji były place, targowiska. W momencie kiedy takich przestrzeni publicznych nie ma, mieszkańcy p prostu nie mają się gdzie spotkać, a idee gdzie skrzyżować. Mieszkam tu długo, ale wcześniej nie znałam ludzi, którzy działają w różnych organizacjach, nie mieliśmy po prostu okazji się poznać. Wiadomo było, że „ktoś gdzieś coś” ale jakoś wszyscy się mijali. Nie było punktu, w którym nasze trasy mogły się przeciąć.
Joanna Erbel: A nawet jak się przecinały to pewnie było to gdzieś w centrum, i było mniej związane z lokalnymi potrzebami.
Katarzyna Kazimierowska: Tak. I do tego ta przestrzeń publiczna, której brakuje na Saskiej Kępie, bo jedyny plac, Pl. Przymierza, który nie jest właściwie placem, a ludzie już się tam nie spotykają, sprawiła, że ludzie przenieśli się do kawiarni. To oczywiście nie do końca są ci sami ludzie, bo mamy zmianę pokoleniową, ale tak jak kiedyś tam, pod kinem „Sawa” można było się spotkać, porozmawiać i zacząć działać, to teraz tutaj ludzie się spotykają i myślą o reaktywowaniu przestrzeni Placu Przymierza i kina „Sawa”. I takich przykładów jest więcej.
Joanna Erbel: No tak. Ale z jednej strony mówicie o lokalności, że wszystko jest na miejscu, a z drugiej strony jesteście zaangażowane, zwłaszcza Ty, Kasiu, w działania ponadlokalne. Organizujesz teraz (4-6 grudnia 2009), razem z Kingą Sochacką, festiwal „Warszawa jest kobietą”, który ma znacznie szerszy zasięg. Jak to się razem wiąże i czy się wiąże z działalnością w Kępie.
Katarzyna Kazimierowska: To się wiąże z tym, że w Fundacji Działań Kulturalnych i Społecznych, której siedzibą jest Kępa Cafe działają właściwie same dziewczyny i jak ktoś tutaj wchodzi to nieraz słyszy: „Ale babska knajpa” i ten pierwiastek żeński jest bardzo silny, i nie tylko tutaj, ale w innych miejscach miasta. I też od dawna myślałam o takim projekcie, który byłby nakierowany na kobiecość i mógłby się zadziać w przestrzeni miejskiej i już miałam od dawna tytuł i pomysł na to, co mogłoby się podczas takiego festiwalu wydarzyć. I kiedy okazało się, że jest to możliwe to przeszłyśmy do działania. I bardzo cieszy nas, że władze miasta widzą też sens takiego działania. Chociaż jak się spotykamy z różnymi ludźmi i pojawia się hasło: „Warszawa jest kobietą”, to średnio co druga taka osoba gwałtownie reaguje: „Ale Warszawa nie jest kobietą!”, „Ale co to jest kobiecość” i tak dalej. I to właśnie jest fantastyczne, bo to od razu daje pole do dyskusji zarówno o kobiecości, jak i o mieście jako takim.
Joanna Erbel: To jest ciekawe, że wy działając na poziomie lokalnym, tworząc taką knajpę, która wydaje się innym „babska” postanawiacie rzucić wyzwanie całemu miasto i sprawdzić czy aby przypadkiem Warszawa jako taka nie jest kobietą. Sprawdźcie to!
Katarzyna Kazimierowska: No pewnie! Może jest to takie prowokacyjne, ale z drugiej strony dlaczego ma takie nie być.
Joanna Erbel: Z taką ostro postawioną tezą odnośnie tożsamości miasta jest trochę tak jak z palmą Joanny Rajkowskiej (projekt Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich), która może się podobać albo nie podobać, ale zmusza do wypowiedzenia się na temat tożsamości miasta i tego, czy ta obcość w przypadku palmy, albo kobiecość w przypadku waszego festiwalu jest tym, na co chcemy zrobić w przestrzeni miasta miejsce, czy wręcz przeciwnie.
Katarzyna Kazimierowska: Właśnie tak. Przy okazji tego festiwalu chcemy pokazać na czym polega kobiecość Warszawy, zaproponować swoje spojrzenie, ale jesteśmy też otwarte na reinterpretacje.
Joanna Erbel: A co się będzie działo podczas festiwalu i do kogo jest on skierowany?
Katarzyna Kazimierowska: Festiwal jest dla wszystkich: dziewczyn i kobiet, córek, mam i babć, bo każda z nich znajdzie w nim coś dla siebie, tak to sobie wymyśliłyśmy i mamy nadzieję, że każda kobieta odnajdzie się w ofercie jaką dla niej przygotowałyśmy. W programie są i spotkania i recitale, monodramy, jest wystawa . ciuch exchange i impreza do późna, ale przede wszystkim dużo pozytywnej kobiecej energii! Panów też zapraszamy, bo bez nich to będzie tylko pół imprezy, tak jak demokracja bez kobiet to tylko pół demokracji.

Kępa Cafe
ul. Finlandzka 12A; Saska Kępa
Warszawa, Poland, 03 - 903
Numer telefonu:
22 616 1225
Pon - Niedz.:
10:00 - 22:00
www.kepacafe.blog.pl


Polski

















Dodaj komentarz:
Komentarze:
Popieram, trzymam kciuki. Gdybyście dziewczyny wprowadziły jeszcze półkę lud dwie z prasą kulturalną i książkami "niedostępnymi" w sieci księgarskiej to było by superaśnie