Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą politykę.

[ Zamknij ]
Jakiej reformy kultury potrzebujemy?

Jerzy Hausner zapowiedział reformę systemu finasowania kultury: uwolnienie płac, równy dostęp do publicznych dotacji różnych instytucji, przekształcenie państwowych instytucji w spółki lub fundacje. Jaki wpływ na kulturę mogą mieć proponowane zmiany?

W sumie: 21 «123»

jerbel jerbel
(moderator)

11.06.09, 20:53

Rewolucja w finansowaniu kultury
"Kultura to ostatnia dziedzina życia publicznego, która nie została w pełni zreformowana po 1989 r. Chociaż pod koniec lat 90. państwo przekazało samorządom większość muzeów, teatrów, filharmonii i galerii, to jednak sposób ich działania pozostał na ogół taki sam. Ponad 70 proc. ich budżetu pochodzi z dotacji organizatora. Większość kosztów pochłania utrzymanie budynków i wynagrodzenia, zaledwie 10 do 20 proc. środków przeznaczona jest na działalność. System nastawiony jest na trwanie, a nie na rozwój, a kultura traktowana jest jako obciążenie.

Sytuację mogłyby zmienić organizacje pozarządowe, fundacje, stowarzyszenia i prywatne osoby, które coraz aktywniej włączają się w działalność kulturalną. Barierą jest dostęp do publicznych pieniędzy. W Warszawie tylko 10 proc. całego budżetu na kulturę i ochronę dziedzictwa trafia do organizacji pozarządowych. A i tak warszawski samorząd przeznacza na ten cel najwięcej pieniędzy w kraju."

czytaj całość na: http://wyborcza.pl/1,75475,6706225,Rewolucja_kulturalna_Hausnera.html

jerbel jerbel
(moderator)

11.06.09, 20:55

Bartek Kozek: Kultura - towar czy usługa publiczna?
Szykuje nam się kolejna wielka reforma. Tym razem - w sferze kultury, o czym niedawno w "Gazecie Wyborczej" opowiedział Jerzy Hausner. Kto pamięta reformy Buzka ten wie, że po takich zapowiedziach trudno spodziewać się czegoś dobrego. Już pierwsze słowa artykułu zdają się przepowiadać, co się święci i jaki jest główny cel owych zmian. Słyszymy zatem o skostniałych strukturach rodem z socjalizmu, miałkości, braku innowacji, ducha konkurencji i czego jeszcze można sobie życzyć. Brzmi jak znajoma śpiewka z magicznego czasu transformacji? Całkiem słusznie. Ponieważ w budżecie ciąć kulturę można lekko, łatwo i przyjemnie, aplikowanie "lekarstwa" może się udać. Ponieważ filharmonicy, dyrektorki domów kultury, muzycy czy aktorki raczej rzadko wychodzą na ulicę palić opony, a typowe potrzeby kulturalne nie przekraczają często kolejnego odcinka "M jak miłość", aplikacja będzie mogła być zapewne przeprowadzona w białych rękawiczkach. Oponujących uzna się za "nierobów" i "roszczeniowców" i podzielą dolę rodzimych górników, uznanych w dyskursie za wichrzycieli, zajmujących się swym partykularnym interesem.

Reforma brzmi banalnie prosto - wrzucamy w kulturę więcej konkurencji i wolnej amerykanki i patrzymy, co się dzieje. Tego typu recepta, jak domniemuję, wymagała głębokich intelektualnych przemyśleń. Opierając się na przedstawionym w "Wyborczej" artykule nie mogę wypowiedzieć się na każdy możliwy detal programu, jednak wyłaniająca się z jego łamów wizja wcale mnie nie cieszy. Dość zgodne - co zaskakujące - były osoby komentujące artykuł, zwracający uwagę na wydźwięk wypowiedzi Hausnera, w którym nie dało się odczuć znaczącej troski o kulturę i jej wysoką jakość.

Żeby jakikolwiek pomysł na zmiany miał ręcę i nogi, należy umiejętnie odpowiedzieć na pytanie, jak jest teraz, jak również wiedzieć, jaką funcję społeczną pełnić ma kultura w naszym kraju i jak najlepiej ową funkcję realizować. Stoję na stanowisku, że kultura to bardzo wrażliwa sfera aktywności społecznej, którą śmiało możemy nazwać usługą publiczną i której skuteczność nie można oceniać li tylko pod kątem generowanego przez nią zysku lub strat. Kultura w sposób naturalny łączy się z takimi słowami-kluczami, jak wolność, samorealizacja i demokratyczny dialog. Te słowa pasują do niej znacznie bardziej niż np. do pasztetów, najnowszej kolekcji odzieżowej albo do sieci telefonii komórkowej. Skoro tak, wszelkie zmiany w jej zakresie muszą być podejmowane z głową, mając na uwadze ewentualne negatywne skutki proponowanych zmian.

W ostatnim czasie obok wizji Hausnera, opowiadającej o "socjaliźmie w kulturze", pojawiła się inna, zaprezentowana w publikacji "Zoom na domy kultury". Badano tego typu placówki na terenie województwa mazowieckiego - kto zna to województwo wie, że poza Warszawą wcale nie płynie ono mlekiem i miodem. Rzetelnie przeprowadzonny raport pokazuje dość jasno - nie jest idealnie, trochę warto zmienić, jednak nie brakuje także dobrych praktyk, które sprawiają, że instytucje te służą lokalnym społecznościom. Więcej myślenia projektowego, demokratycznej partycypacji wspólnot lokalnych, elastyczność w kwestii opłat, nierzadko ograniczających dostęp do zajęć stałych - to tylko niektóre z zawartych tam zaleceń. Wiele z tam poruszonych uwag da się zaaplikować do innych instytucji kulturalnych. Jest z czego czerpać dobre pomysły.

Rząd tymczasem ma zupełnie inne kryteria, na podstawie których pragnie "zmieniać świat na lepsze". Ustami Jerzego Hausnera słyszymy zatem o skostniałych placówkach i o potrzebie większej konkurencji. Nagle okazuje się, że samorządy wcale nie muszą utrzymywać bibliotek, jeśli nie widzą takiej potrzeby, a pojawi się dajmy na to instytucja społeczna chętna do przejęcia tego typu obowiązków. Mam wrażenie, że ktoś nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak wygląda sytuacja poza Warszawą. Tak samo jak rząd, tak i samorządy, nie mając solidnych, odrębnych podstaw do finansowania placówek kulturalnych, równie chętnie ogranicza ich finansowanie. Do tego zapomina się nagle o wszystkich utyskiwaniach, mówiących o niskim poziomie kapitału społecznego i społecznych interakcji - wychodzi się zapewne z założenia, że zwiększy się go poprzez grożenie lokalnej społeczności zamknięciem kina albo domu kultury. Doprawdy interesujący sposób radzenia sobie z problemem.

Należałoby się zatem zapytać, jaka jest przesłanka uznania konkurencyjności za najważniejszą wartość w kulturze? Moim skromnym zdaniem w kulturze najważniejsze jest tworzenie warunków do samorealizacji, a w takim ujęciu "wolna amerykanka" wcale nie musi być najlepszym modelem organizacji działalności kulturalnej. Oczywiście minister Hausner zaraz wskaże Amerykę, jednak mam pytanie - w jakich rejonach USA kultura najchętniej wspierana jest przez prywatnych inwestorów i jaka jest to kultura? Czy instalacja w stylu Doroty Nieznalskiej miałaby duże szanse na dofinansowanie w Salt Lake City, mormońskiej stolicy konserwatywnego stanu? Czy w sytuacji sporego wpływu Kościoła na rzeczywistość społeczną mogłaby liczyć na prywatną galerię sztuki, której sponsor zapewne zagroziłby wycofaniem finansowania, obawiając się bojkotu konsumenckiego napędzanego przez "Frondę"? Warto czasem zastanowić się nad tego typu długofalowymi efektami tego typu pomysłów dla wolności słowa, i tak już ograniczanej przez lokalnych, nadambitnych samorządowców.

To, że nie jest dziś idealnie, to fakt, tylko czy pełna konkurencja o fundusze publiczne automatycznie gwarantować będzie poprawę jakości funkcjonowania placówek kulturalnych? Szczerze w to wątpię. Kto pracuje w organizacjach pozarządowych ten wie, że konieczność ubiegania się o środki finansowe nierzadko potrafi petryfikować działanie danego stowarzyszenia czy fundacji, a dostępność środków na określone cele ma duży wpływ na sposób układania działań priorytetowych. "Wolna amerykanka" wcale nie wyzwalać musi energii i innowacyjności, a już z całą pewnością nie będzie remedium na rzekome "przerosty zatrudnienia" (widać, że Tusk bardzo chciałby się pozbyć problemu budżetówki) - konieczność aplikowania i wypełniania nierzadko trudnych formularzy wymaga zatrudnienia lub przeszkolenia osoby, która musiałyby się zajmować tylko tą kwestią.

Również groźnie brzmi brak parytetów przy planowanym funduszu kulturalnym. Oznacza to, że dla rządu nie jest jakąkolwiek wartością zachowywanie sfery publicznej w kulturze, wykraczającej ponad 20-30 najważniejszych (zapewne głównie stołecznych) instytucji. Jeśli władze uważają, że wszystkie formy własności są równe, powinny zagwarantować, że np. po 20% fundzuszy będzie szło odpowiednio na instytucjie publiczne, społeczne i prywatne, zaś pozostałe 40% mogłyby być obiektem konkursu otwartego dla wszelkich form kulturalnej organizacji. Brak tego typu zapisu nie daje żadnych gwarancji, że większość pieniędzy nie będzie trafiać do np. instytucji kościelnych, co znacząco ograniczyłoby swobodę artystycznej ekspresji. Dla konserwatywnego rządu Tuska nie byłby to chyba żaden problem.
Nie oznacza to, że w pomysłach Hausnera nie widać żadnych ciekawych pomysłów.

Odseparowanie rozdysponowywania funduszy od Ministerstwa Kultury i przekazanie ich w ręce osobnej agendy nie brzmi głupio, pod warunkiem, że fundusz ten przyznawałby pieniądze w sposób przejrzysty, miałby zagwarantowaną niezależność od politycznych nacisków i uwzględniał w swych władzach udział środowisk twórczych, organizacji pozarządowych etc. Także pomysł odliczania 1% CIT na instytucje kulturalne sam z siebie nie jest zły - chyba, że rząd uzna to teraz za główne źródło pieniędzy dla kultury, a wtedy grozi to uzależnieniem instytucji kultury od widzimisię przedsiębiorców. Warto szukać innych podobnych źródeł dochodów dla kultury, najlepiej poprzez podatki celowe. W Kalifornii zdecydowano się na przykład na promowanie młodych artystów poprzez fundusz, finansowany z symbolicznego podatku hotelowego. Taka symboliczna opłata (powiedzmy 1 euro za dzień pobytu), wpływająca na konto samorządu, pozwoliłaby na wzrost finansowania kultury na poziomie lokalnym. Bogatsza oferta mogłaby skutecznie zachęcać do przybycia turystki i turystów, więc hotele byłyby w stanie odbić sobie ową opłatę z nawiązką.

W całej dyskusji Romana Pawłowskiego z Jerzym Hausnerem zabrakło mi jednego - dyskusji o demokratyzacji instytucji publicznych. Większy wpływ lokalnych społeczności, organizacji pozarządowych i społeczeństwa obywatelskiego na sposób funkcjonowania i sugestie dotyczące programu lokalnych placówek powinny być utwierdzone w prawie, a nie pozostawać w gestii dobrej woli tego czy owego dyrektora. Poczucie współodpowiedzialności zwiększać będzie poziom kapitału społecznego i demokratyczną kontrolę nad instytucjami, którymi jesteśmy współwłaścicielkami i współwłaścicielami. W takiej sytuacji, gdzie nierzadko sprzeczne interesy są artykułowane i rozwiązywane dzięki dialogowi, zapobiega zostawianiu płazem politycznych nacisków. W ten sposób kultura może wspierać demokrację. Propozycja rządu, jeśli wierzyć Jerzemu Hausnerowi, stoi w jawne opozycji do deklaracji na temat budowania społeczeństwa wiedzy. Brakuje w niej zarówno społeczeństwa, jak i wiedzy.


Batłomiej Kozek - przewodniczący koła warszawskiego i sekretarz generalny Zielonych, w partii od marca 2007 roku. Publicysta, alterglobalista, pacyfista.

KulturaLiberalna KulturaLiberalna

16.06.09, 21:56

Reforma muzeów. Reforma Hausnera
W obliczu kontrowersyjnego projektu reformy kultury, właśnie ujawnionego przez byłego wicepremiera Jerzego Hausnera, aktualne staje się pytanie o to, czy nie mamy aby do czynienia z upadkiem idei muzeum. Luc Ferry (filozof, były minister edukacji w rządzie Jean-Pierre’a Raffarina w latach 2002-2004) oburzył się w wywiadzie udzielonym „Le Figaro”, że muzea stają się miejscami konsumpcji: pozbawionymi sensu supermarketami kultury. Powstawanie nowych muzeów stało się zjawiskiem masowym. I tak obok muzeum sztuki powstaje muzeum… naleśnika. Można w tym dostrzec, jak się wyraził Ferry, połączenie między wymaganiami turystyczno-handlowymi i ruchem, który związany jest z historią współczesnego indywidualizmu, tj. z pragnieniem, aby wobec świata wykorzenienia odnajdywać sens poprzez historię.

Supermarket czy skansen? Muzeum „do muzeum”? Na stronie www.KulturaLiberalna.pl zastanawiają się:

- Piotr Piotrowski, „Mcdonaldyzacja kultury i światowi brokerzy muzealni”;
- Hanna Wróblewska, „Polska kultura musi odnaleźć własną drogę w zakresie finansowania”;
- Jarosław Kuisz, „3 panów jako eksponaty. Przyczynek do idei dobrego muzeum i idei samodzielnego wyciągania wniosków”;
- Wojciech Przybylski, „Muzea – oferta specjalna”.

AUTORZY:
* Piotr Piotrowski, profesor historii sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. W sierpniu obejmie funkcję dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie.
* Hanna Wróblewska, historyk sztuki i kurator. Od 1992 pracuje w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie, od 2002 jako wicedyrektor.
* Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”.
* Wojciech Przybylski, wydawca kwartalnika „Res Publica Nowa”.

marcin marcin

22.06.09, 13:54

Balcerowicz polskiej kultury ?
Balcerowicz polskiej kultury ?

Miałem ostatnio okazję poznać założenia reformy prof. Hausnera w Poznaniu na konferencji: „Instytucje kultury w czasie kryzysu”. Byłem również na spotkaniu min. Bogdana Zdrojewskiego z organizacjami pozarządowymi, w dawnej kawiarni Nowy Świat, gdzie „mówił Hauserem”. Sprawa jest więc poważna i warta poważnej dyskusji. Bo jak wiadomo w każdym kryzysie jest potencjał zmiany i rozwoju.
Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że reforma instytucji kultury, a szczególnie domów kultury, jest potrzebna. Niewątpliwie należy te instytucje odpolitycznić, uspołecznić, unowocześnić i uniezależnić programowo oraz uelastycznić organizacyjnie. To nie mogą być „zakłady pracy”, lecz „rzeźby społeczne” jak chce Janusz Byszewski z Laboratorium Edukacji Twórczej CSW idąc za teoriami Josepha Beuysa. Dziś rzeczywiście można by przed wejściem do niejednej instytucji kultury postawić kasę i pobierać opłatę za zwiedzanie socjalistycznej instytucji kultury…. Raport „Zoom na domy kultury” dość precyzyjnie diagnozuje sytuację (nawet jeśli zrobiony jest na nieco małej grupie badanych domów kultury) oraz sugeruje trafne rozwiązania. Nie będę szerzej tego wątku rozwijał odsyłając do lektury Raportu.
Chciałbym tu jednak wrócić do kwestii, którą poruszyłem podczas konferencji prezentującej Raport. Otóż odnoszę wrażenie, że kwestię domów kultury i ich reformy rozpatruje się w oderwaniu od rzeczywistości polityczno – urzędniczej, w której instytucje te funkcjonują i która w zasadniczy sposób to funkcjonowanie determinuje. Bez rzetelnej analizy i usunięcia nieprawidłowości (a czasem wręcz patologii) powstających na linii: instytucja kultury – samorządowy organizator, trudno myśleć o poważnej zmianie w domach kultury. Uważam, że zmiana jest możliwa tylko w szerszej konstelacji, samych domów kultury nie da się „wyjąć” z systemu. A więc najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy organizatorzy samorządowi wiedzą, czego chcą od domów kultury i w ogóle od kultury ? Czy mają wizję i misję tych placówek ? Czy raczej chodzi im o posadę dla kolegi, który odpowiadał za kampanię oraz o kulturę konserwującą zastany porządek, kulturę festynu lub kulturę inscenizacji historycznej ? (z całym szacunkiem dla niektórych inscenizacji historycznych np. Strajku Szpularek w Żyrardowie – inscenizacji wydarzeń historycznych z 1883 r. – chyba pierwszego w Polsce i w dodatku udanego strajku m.in. o prawa kobiet) Ilu włodarzy samorządowych rozumie, że kultura tworzy rozwój i jest podstawowym narzędziem komunikacji społecznej i polem indywidualnej samorealizacji ? Niewielu rozumie, że dobrymi drogami ludzie będą wkrótce wyjeżdżali do miejsc o rozwiniętej i (co ważne) różnorodnej ofercie kulturalnej. Dlatego do wykonania jest poważniejsza praca – zmiana myślenia zarządców i organizatorów kultury instytucjonalnej na poziomie lokalnym. Warto wspólnie tj. w gronie ludzi z instytucji kultury, samorządowców, artystów, lokalnych aktywistów zastanowić się jak oprzeć rozwój danej społeczności i danego miejsca o kulturę i jakich instytucji kultury do tego potrzeba. Nie ma tu jednej uniwersalnej odpowiedzi.

Marcin Śliwa – animator kultury, współtwórca Konfederacji Animatorów Kultury, koordynator projektów realizowanych w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki:

Kierunek Kultura http://www.promocjaprzezkulture.pl/
W stronę nowoczesnego muzeum http://www.mazowieckiemuzea.pl/
+- dom kultury

jerbel jerbel
(moderator)

22.06.09, 14:40

Kto ma tworzyć strategię dla instucji kultury?
Marcinie, zgadzam się, że ważną sprawą jest stworzenie strategii dla instytucji kultury, żeby nie służyły one wyłącznie kolesiostwu i promowaniu znajomych. Kto jednak powinien brać udział w jej tworzeniu? Jaka jest rola lokalnych społeczności we wpływaniu na ofertę placówek kulturalnych?

Bartek Kozek wskazuje na konieczność demokratyzacji placówek kultury i na potencjał tworzenia kapitału społecznego jaki się z tym wiąże.

marcin marcin

22.06.09, 15:34

Kto do kogo przychodzi ? Kto jest czyim klientem ?
Społeczność lokalna jest kluczowa. W przypadku większych instytucji o zasięgu ponadlokalnym powinny to być jasno określone grupy docelowe, dla których instytucja działa. Instytucja kultury musi być ze społecznością lokalną w permanentnym kontakcie, dialogu, czasem twórczym sporze, co nie oznacza oczywiście "festynu na życzenie". Przede wszystkim musi zostać odwrócona logika rodem z głębokiej komuny: instytucje kultury jako instrument polityki kulturalnej państwa, obok telewizji, kolejna tuba władzy, a nakłady na "grzeczną" kulturę afirmują faktyczną dyktaturę. Dziś sytuacja nie jest aż tak bardzo różna od tej sprzed 20 lat. Kultura chętnie jest postrzegana jako ozdobnik, kolorowy dodatek do rzeczywistości, a nie jej rdzeń. Mimo ofensywy sztuki krytycznej, manifestów o sztuce politycznej, na poziomie lokalnym cały czas chętniej finansuje się taką kulturę, która utrwala, a nie podważa. Na zachodzie centra kultury powstawały jak wiadomo (zwłaszcza po 68 roku) jako niezależne inicjatywy obywatelskie, które zagospodarowywały fragment miasta, przestrzeni publicznej, artykułowały swoje oczekiwania wobec władzy i powoli krzepły, profesjonalizowały się, stopniowo zamieniając się w instytucje kultury. Ale z zasady ruch był oddolny. U nas odwrotnie: inicjatywa była odgórna, zcentralizowana i na zasadzie standardowego produktu wielokrotnego użytku.
Wojciech Kłosowski – doradca i ekspert samorządowy, opowiadał mi o przypadku ze średniej wielkości miasta na południu Polski, gdzie pisał na zlecenie władzy strategię rozwoju i usiłował zdefiniować kapitał/potencjał kulturowy miasta. Odkrył, że w tym mieście od lat odbywał się w głębokim offie festiwal trash metalowy o zasięgu środkowo-europejskim, przyjeżdżały kapele z Finlandii, Czech i Rumunii, a władza, ani Dom Kultury nie mieli o tym latami zielonego pojęcia (może dobrze..). Nie sądzę, żeby mury były aż tak grube w tamtejszych garażach, to raczej kultura oficjalna jest głucha … I to warto zmienić.

bartekkozek bartekkozek

23.06.09, 10:29

Społeczność społecznością
W zasadzie zgadzam się z Marcinem, tylko niestety nie jestem takim optymistą patrząc na stopień zaangażowania społecznego w tym kraju. Na Zachodzie, po rewolucji seksualno-artystycznej aktywność oddolna miała szansę zakwitnąć, u nas o społeczeństwie obywatelskim raczej się mówi niż działa w kierunku jego wzmocnienia.

Czasem słuchając dyskusji o "Zoomie" mam wrażenie, że czytałem inny raport niemalże;) Trudno powiedzieć, że jest dobrze, ale też nie rysowałbym rzeczywistości w ciemnych barwach. Na chwilę obecną widzę olbrzymi potencjał tych placówek - oczywiście niewykorzystywany obecnie w pełni. A szkoda. Wydaje się, że reforma Hausnera raczej by te jednostki przyblokowała, niż "uwolniła potencjał". W wielu miejscach kraju nie mamy - znowuż, niestety! - alternatywy między działalnością kulturalną społeczną a samorządową i zniknięcie jednej oferty nie gwarantuje automatycznego wypełnienia niszy przez inną. Stąd mój postulat uspołecznienia jednostek, które ze swej definicji społecznymi być powinny. Niestety mieliśmy nieszczęście znaleźć się nie po tej stronie Żelaznej Kurtyny.

Instytucja publiczna powinna tworzyć warunki do tego, żeby pojawiały się niezależne inicjatywy. Wymaga to elastyczności i rozumienia lokalnych potrzeb, a tego bez większego udziału społeczności lokalnej zrobić się nie da. Niestety, dyskusję o kulturze zamknięto w łamy li tylko finansowe, bez liczenia się chociażby z kosztami społecznymi takich pomysłów. Szkoda...

jerbel jerbel
(moderator)

23.06.09, 12:50

Aktywizować społeczność
Tylko jak aktywizować lokalną społeczność?
Ja znam tylko jeden sposób z pola architektonicznych konsultacji społecznych, który polega na staniu na ulicy z modelem przestrzennym ulicy, na który można przy pomocy architektki/działacza społecznego ustawić swój wymarzony plan dzielnicy. Jeśli taki obiekt stoi odpowiednio długo to można zebrać informację o bardzo różnych osób. Jednak jest pewne ograniczenie tej metody związane z tym, że nie jest ona dostępna przez cały rok, ze względu na warunki pogodowe, oraz nie wiadomo jaka instytucja powinna być za to odpowiedzialna - zwłaszcza, że najlepiej jeśli ma ona na tyle władzy, żeby potem rozwiązania wydyskutowane mogły mieć realne przełożenie.

Bartku, czy jest ta instytucja publiczna, która "powinna tworzyć warunki do tego, żeby pojawiały się niezależne inicjatywy"? Chodzi Ci o Urząd Gminy/Dzielnicy? Publiczny teatr? Czy coś zupełnie innego?

bartekkozek bartekkozek

23.06.09, 13:04

Instytucje
Dla mnie "podstawową jednostką kultury" jest Dom Kultury, stąd moja potrzeba, by jego działania szły dwutorowo: z jednej strony realizowanie pewnych własnych założeń opartych o samodzielnie zdefiniowaną wizję, a z drugiej - regularny monitoring poziomu wiedzy społeczności lokalnej o ofercie, poziomu jej zadowolenia z jej jakości i dostępności (także finansowej - zdębiałem kiedy zobaczyłem koszty niektórych zajęć w swoim dzielnicowym DK). Tego typu monitoring musi koniecznie uwzględniać zmiany społeczne - do jednych grup trafia się metodą door to door, do innych - internetowo, nawet postawienie budki informacyjnej na środku ulicy nie musi być automatycznie wkluczające (np. dla osób pracujących do późna w nocy).

Natomiast jeśli o demokratyzację, to warto zinstytucjonalizować rady programowe, dać szanse na wejście do niej nie tylko osobom z instytucji pozarządowych, ale też np. osobom reprezentującym wolontariat danej struktury, by mogły poczuć swój wpływ na to, co muszą robić za darmo. Takie zresztą postulaty można wyczytać z "Zoomu na domy kultury".

Tarkowski Tarkowski

24.06.09, 18:50

Dlaczego raport Hausnera obejmuje tylko fizyczne instytucje kultury?
Zastanawiam się, dlaczego w raporcie / reformie Hausnera nie jest uwzględniony system praw autorskich jako kluczowy mechanizm finansowania kultury (a właściwie nie tylko finansowania, ale zarządzania jej obiegiem) oraz organizacje zbiorowego zarządu jako kluczowe instytucje uczestniczące w tym mechanizmie? Wydaje się, że ta sfera również nie została od 1989 roku zreformowana - jedyne w gruncie rzeczy istotne reformy wynikały z dostosowania polskiego prawa do różnych porozumień międzynarodowych, w których Polska uczestniczy.

Mówiąc trochę ogólniej, wydaje mi się, że tylko do pewnego momentu można wyciąć ze sfery kultury instytucje kulturalne i traktować je jako osobną sferę - pomijając ich związki z drugim kluczowym aspektem kultury, jakim są media.

Wydaje mi się, że rolę instytucji kultury można dziś określić jedynie w odwołaniu do roli mediów; rola ta zresztą musi zakładać obecność tych instytucji w mediach; i uwzględniać wiedzę o wyborach uczestników kultury.

Można się posunąć jeszcze krok dalej i uznać, że osobnym, kluczowym elementem jest kultura oddolna - nie tylko niezależna, ale nawet prywatna. Tym (ciekawym) tropem idzie np. Charles Leadbetter w swojej krytyce brytyjskiej strategii "Digital Britain"
(http://www.charlesleadbeater.net/cms/xstandard/Digital%20Britain%20Response.pdf)

*

Na marginesie - wszyscy dyskutują o raporcie, który nie został upubliczniony. Ktoś słyszał prezentację w Poznaniu, większość czytała wywiad w GW - a wszyscy mają już wyrobione zdanie. Moim zdaniem taka sytuacja strasznie spłyca debatę nad raportem - czy jest szansa, by ujrzał on jak najszybciej światło publiczne?
W sumie: 21 «123»
« Listopad 2019 »
PnWtŚrCzPtSbNd
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
Partner technologiczny
Orange
Partnerzy
Województwo Małopolskie Urząd Miasta Krakowa
Współorganizatorzy
Uniwersytet Krakowskie
Organizator
NCK
Pod patronatem
Ministerstwo
Partnerzy medialni
Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo