Czy Polacy potrafią ze sobą współpracować? Systemowa odpowiedź na indywidualną rozterkę.
Nie mamy łatwej przeszłości. Nasza powojenna historia do osiemdziesiątego dziewiątego roku nie sprzyjała otwartości na innych. Mądrość ludowa wyrażona w słowach “Swoje myśl, kuferek trzymaj zamknięty” sprawdzała się szczególnie dobrze w tamtym okresie.
Inżynier Karpiński, twórca procesora, który przebijał szybkością wszystko co istniało w tym czasie na Zachodzie nie został polskim Billem Gatesem. Wtrącono go do więzienia, a potem nie wydano paszportu. Założył hodowlę świń. Dolina Krzemowa powstała gdzie indziej. Władzy ludowej świetnie szło niszczenie tego co dobre, obywatelskie i inteligenckie.
A teraz? W dwadzieścia lat po transformacji? Zaintrygowała mnie ostatnio w “Metrze” wypowiedź prof. Nęckiego. Poseł Palikot, w ramach komisji Przyjazne Państwo proponuje zniesienie obowiązku donoszenia do urzędów dwudziestu rodzajów różnych zaświadczeń, takich jak zaświadczenie o stanie cywilnym, numerze NIP czy o tym, że jest się studentem. Zdaniem posła Palikota w takich przypadkach, urzędnik powinien po prostu przyjąć od nas oświadczenie. Przecież za składanie nieprawdziwych oświadczeń grozi kara. Nasz czas i energia mogą być lepiej wydatkowane niż na uganianie się od jednego urzędu do drugiego po to by donosić im kolejne świstki. Któż z nas nie był kiedyś ofiarą takiej urzędniczej małostkowości? I po co? Jeśli urzędnik uważa, że kłamiemy, może podnieść telefon i porozumieć się z urzędnikiem w innym urzędzie, żeby tę informację sprawdzić. Istnieje przecież możliwość kontroli, a konsekwencje składania nieprawdziwych oświadczeń ponosić będzie obywatel.
Zgadzam się z poglądami pana posła, a poglądy prof. Nęckiego wprost mnie zaszokowały. Wyraził tezę, że dopiero jego wnuki nie będą kombinować w urzędach. Z jego wypowiedzi wynika, że przeciętny Polak jest kombinatorem, który będzie kłamał. A te kłamstwa doprowadzą nawet do zafałszowania danych w urzędach, na które jako państwo nie jesteśmy sobie w stanie pozwolić. Kraje takie jak USA i Wielka Brytania mają długą tradycję mówienia prawdy. Logika pana profesora mnie poraża. Każdego obywatela, w każdej chwili powinien pilnować strażnik! Bo ludziom nie można zaufać. Pan profesor wydaje się być przedstawicielem starszego pokolenia, które zostało wychowane i okaleczone emocjonalnie przez komunizm.
Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden przykład: Irlandia. Jakoś wprowadzenie wielkiej populacji polaków, nie skorumpowało irlandzkiego systemu urzędowego. Polacy w Irlandii mają opinię uczciwych i pracowitych. Czy to dlatego, że tylko uczciwi i pracowici pojechali do Irlandii pozostawiając w kraju swoich nieuczciwych i leniwych pobratymców? Mnie wydaje się, że generalnie jesteśmy uczciwi i pracowici i tylko potrzebujemy systemu, który naszą uczciwość i pracowitość będzie premiował, a nie poddawał ją na każdym kroku w wątpliwość.
Traktujmy ludzi jak odpowiedzialnych dorosłych a nie małe, kombinujące dzieci. Musimy tworzyć system, który to system jest dla obywatela a nie odwrotnie. I nie możemy z tym czekać aż do pokolenia wnuków. Bo chora sytuacja kreuje chore postawy. To trochę jak zjawisko fali w wojsku czy w internacie. Nie należy się zastanawiać, czy po jej rozbiciu uda się utrzymać karność. Patologię trzeba po prostu zlikwidować dlatego, że jest patologią. Jeśli się tego nie zrobi i ten więzienny system będzie trwał, to kto wie, może i te wnuki wyrosną na kombinatorów.
Argument historyczny, że po tylu latach komunizmu potrzebujemy całych pokoleń aby wyrwać się z chorych wzorców postaw uważam za nietrafiony. Po stu dwudziestu trzech latach niewoli pod zaborami powstała niepodległa Polska. Nikt z żyjących wtedy nie pamiętał wolnej Polski, a jednak w dwudziestoleciu międzywojennym powstało społeczeństwo obywatelskie. Polacy zaufali samym sobie.
Nasi międzywojenni rodacy poświęcali czas nie tylko dla siebie, ale przynależeli do różnego rodzaju stowarzyszeń, często więcej niż do jednego, w różny sposób i w różnych dziedzinach służą dobru publicznemu.
Jakże odmienne były ich postawy w porównaniu do naszego pokolenia transformacji, dzisiejszych czterdziestoparolatków, największych wygranych przemian, których słusznie za brak postawy obywatelskiej punktuje jego przedstawiciel Tomasz Lis. Zadufani w siebie, wydaje im się, że to co mają osiągnęli tylko własną pracą, zupełnie spychając do podświadomości fakt, że swój sukces zawdzięczają głównie temu, że urodzili się we właściwym momencie. Żadne pokolenie przed nimi, ani po nich nie miało już takich szans. I to jest temat do bardzo ciekawych dociekań. Generalnie postawy obywatelskiej, z nielicznymi wyjątkami, trudno się u nich doszukać.
Czyżby era komunistyczna poczyniła takie spustoszenia jakich nie udało się dokonać podczas zaborów? Mamy prawo do równania w górę a nie w dół. I być dobrze traktowani jak uczciwi obywatele nie tylko w Irlandii. Ten kto wyjechał chociaż na chwilę do jednego z Krajów Stabilnej Demokracji ten wie, jak o wiele przyjemniejsza atmosfera tam panuje w urzędach i nie tylko. To w czym zostaliśmy wychowani, podobnie jak małe dzieci uznajemy za normalne. Ale po pewnym czasie, z dzieci wyrastamy na młodzieńców, którzy mogą krytycznie patrzeć na otaczającą ich rzeczywistość i tak jak mityczni herosi ją zmienić. Sam miałem okazję porównać Polskę do USA i Australii, ale także do krajów trzeciego świata, gdzie obywatelowi, nie ufa się do tego stopnia, że przy wyrabianiu dowodu osobistego standardowo zdejmuje mu się odciski wszystkich dziesięciu palców. Jest to traktowanie, które nawet u nas jest zarezerwowane dla podejrzanych o poważne przestępstwa kryminalne. Bilans mojego subiektywnego porównania jest taki, że w sumie bliżej nam do pierwszego świata niż do trzeciego. Trzeba wykonać kulturowy skok i trzeba dobrze patrzyć, żeby wykonać go we właściwym kierunku.
Myślę, że profesorowie na polskich uczelniach są przyzwyczajeni do traktowania z góry studenckiej masy. Wielkim szokiem dla mnie, kiedy przez krótki czas studiowałem w Polsce na uniwersytecie był wciąż istniejący komunistyczno-pańszczyźniany system stawiania ocen za pomocą indeksów. Student spędzał nieproporcjonalną ilość czasu i pieniędzy (na przykład na podróże do Warszawy aby zlokalizować nigdy nie pojawiających się na zajęciach profesorów), aby kolekcjonować do zielonej książeczki profesorskie autografy. Za granicą (ale nie tą z Białorusią) wygląda to w ten sposób, że to wykładowca zobowiązany jest w terminie wypełnić i dostarczyć arkusz z ocenami studentów do administracji uniwersytetu. Ta z kolei co semestr wysyła studentom wydruki. Co w tym takiego skomplikowanego? Ano nic. Dlaczego coś tak normalnego nie zostało jeszcze u nas wprowadzone?
W każdej dziedzinie naszego życia publicznego (ale i w każdym urzędzie czy kasach na dworcu PKP) funkcjonują Latimerie – żywe skamieliny, niezmienione od czasów późnego Gomułki. Kiedy prawie dziesięć lat temu pracowałem przy amerykańskim filmie kręconym w Polsce to anglojęzyczna część ekipy z ciekawością wypytywała mnie o zmiany, które nastały w pierwszym dziesięcioleciu naszej nowej niepodległości. Opowiedziałem o tych pozostałościach starego reżimu, i o tym, że kiedy tylko to zepsute pokolenie blokujące wszelkie zmiany na lepsze przejdzie na emeryturę to na pewno wykonamy jeszcze jeden wielki cywilizacyjny skok naprzód. Dziesięć lat później widzę, że miałem tylko częściową rację. Młode osoby wprowadzone w środowiska pracy nad którymi unosi się duch starych komunistycznych czasów po pewnym czasie równają w dół. Natknąłem się już nie raz, i Państwo na pewno też, na takie dwudziestoparoletnie Latimerie. Zdarza to się w szczególności w zakładach pracy chronionej, takich jak TVP, ZUS czy US do których nie dociera światło z zewnątrz. Stare pokolenie wychowuje nową gwardię.
Wszystkim zainteresowanym proponuję prześledzenie historii Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego. Grupę ochotników, studentów (przebadanych pod kątem niekaralności, zdrowia psychicznego i braku sadystycznych tendencji ) podzielono na„strażników” i „więźniów”. Eksperyment, który był zaplanowany na dwa tygodnie, został przerwany po sześciu dniach, dlatego że „strażnicy” tak wcielili się w swoje role, że uznano, że kontynuowanie eksperymentu może być tragiczne w skutkach. Wyniki tego eskperymentu są jasne i nie da się tego w żaden sposób inaczej interpretować. Chory system stworzy chore postawy. Jeżeli system jest ustawiony w taki sposób, że Latimerie są w pozycji aby utrudniać nam życie, to będą je nam utrudniać. Można systemowo wtłaczać ludzi w role oprawców i ofiar, a można też opowiedzieć się za zdemontowaniem takiego systemu.
W kontekście Kongresu Kultury Polskiej moderatorowi forum na pewno chodzi o to, czy Polacy potrafią ze sobą współpracować w sferze kultury. To o czym piszę wydaje się być trochę ogólne, ale trudno oczekiwać, że w sfera kultury będzie jakąś szczególną sferą, która będzie działać na zupełnie innych zasadach niż społeczeństwo w którym funkcjonuje. A może tak? Może gdzieś trzeba zacząć, nie czekając aż ktoś rozmontuje dla nas ten chory system i przygotuje pole do działania. Nie można cały czas czekać na mannę, która spadnie z nieba, trzeba czasem kierować się indywidualnymi przekonaniami, indywidualną odwagą. Niektórzy z nas są z natury optymistami.
Ale gdyby stworzyć twórcom takie warunki rozwoju, zapewnić taki mikroklimat, w którym mogą spokojnie zająć się tym w czym są najlepsi, to znaczy pisaniem, malowaniem, robieniem filmów, a nie zajmowaniem się wszystkim innym czyli gonieniem za pieniędzmi, lobbowaniem, kombinowaniem, a przede wszystkim trzymaniem kuferka zamkniętego, bo inaczej koledzy z branży mogą go nam obrobić. Mówię tu nieco oględnie o podkradaniu pomysłów.
Jeśli Polacy kombinują, to dlatego, że system jest chory, nie dlatego, że z natury rzeczy jesteśmy kombinatorami. Nie wydatkujmy czasu i energii na sprawy, które w gruncie rzeczy nie mają żadnego sensu. Poświęćmy się rzeczom, które mają sens, a kombinatorzy wpadną w końcu przy wyrywkowej kontroli i poniosą konsekwencje składania fałszywych oświadczeń. Niech nasz system zajmie się ułatwianiem, zamiast uprzykrzaniem nam życia.
Jeśli zaś chodzi o środowisko twórców, to jest kilka dobrych wzorców, które funkcjonują w Krajach Stabilnej Demokracji, o których przeszczepienie na nasz grunt należałoby się pokusić. W USA funkcjonuje WGA czyli Writer’s Guild of America, coś w rodzaju związku zawodowego pisarzy. Prócz głośnych akcji takich jak strajk pisarzy z 1988 roku (który był takim ciosem dla amerykańskich stacji telewizji, że niektórzy uważają, że do dziś nie doszły one po nim do siebie), WGA ułatwia życie swoim członkom i twórcom niezrzeszonym, poprzez internetową rejestrację scenariuszy, które za przystępną opłatą są przechowywane na zabezpieczonych serwerach przez zdefiniowany okres czasu, na przykład dziesięciu lat. Łatwo sobie wyobrazić, że przy podjęciu tego rodzaju środków ostrożności, młodemu twórcy łatwiej jest uchylić wieko kuferka. W takim systemie po prostu łatwiej się żyje. W branży filmowej w szczególności, bo w odróżnieniu od powieści, scenariusz nie jest dziełem końcowym, a półproduktem, który z natury rzeczy musi być przedstawiony szerszej grupie osób, w procesie zdobywania funduszy na jego realizację.
Kto ma podjąć takie wyzwanie polegające na zorganizowaniu twórcom przyjaznej pracy atmosfery i systemu? Czy na przykład organizacja typu klaster „In-Ret” z Krakowa pod prezesurą moderatora Pawła Szlachty potrafi zmierzyć się z takim zadaniem? Czy takie pomysły mają szansę na powodzenie? Z pewnością wolę kibicować takim przedsięwzięciom, niż słuchać tych, którzy nie wierzą w swoich rodaków i ich przyzwoitość.
Bliżej nam do pierwszego świata niż do trzeciego, a każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie jaka jest jego wiara w rodaków. Mam nadzieję, że będziemy sobie potrafili zaufać na tyle, żeby wykonać ten kolejny cywilizacyjny skok do przodu.
Autor:
Paul Tyler
Skończył szkołę filmową w Sydney.
Jest twórcą krótkich filmów fabularnych, dokumentów telewizyjnych i pisarzem.
Obecnie mieszka w Krakowie.
www.paultyler.info