Goście mówią...

W tym watku zaproszeni goście - specjaliści branż kreatywnych, menedżerowie i artyści - wypowiadać sie będa na tematy dotyczące współpracy sieciowej, klastrów, zarządzania projektami czy przemysłów kreatywnych.

W sumie: 12 «12»

pszlachta pszlachta
(moderator)

29.08.09, 17:48

Goście mówią...
W tym watku zaproszeni goście - specjaliści branż kreatywnych, menedżerowie i artyści - wypowiadać sie będa na tematy dotyczące współpracy sieciowej, klastrów, zarządzania projektami czy przemysłów kreatywnych.


Zapraszam do polemiki.

pszlachta pszlachta
(moderator)

29.08.09, 17:50

Klaster – ale o co chodzi proszę pani? Słów kilka o wspólnym działaniu.
„Nowa linia podziału nie przebiega między posiadaczami a biedakami, lecz między tymi którzy wiedzą i nie wiedzą.”
K. Schwab


Podczas jednej z konferencji dotyczącej klastrów, w której uczestniczyłem, pewna pani, występująca w roli panelisty (zatem i eksperta) oznajmiła, że jej instytucja (kultury) od dawna współpracuje z kilkoma organizacjami z regionu. Wyciągnęła z tego wniosek, że instytucja w zasadzie już w klastrze funkcjonuje, choć nikt nie był tego świadomy. Przypomina to sytuację z molierowskiej komedii, kiedy jeden z bohaterów ze zdumieniem odkrywa, że całe życie mówił prozą. Tylko czy faktycznie taka współpraca to już klaster? Z całą pewnością nie. Aby zajmować się tą tematyką, musimy dokładnie wiedzieć o czym mówimy. Więc o co tak naprawdę chodzi w klastrze?

Oczywiście chodzi o pieniądze. Nikt nie udaje, że jest inaczej, nikogo to nie razi, nie ma w tym nic dziwnego ani nieuczciwego. Po to tworzy się „takie coś” jak klaster, aby poprzez wspólne działanie organizacji publicznych, biznesowych i społecznych, z pokrewnych lub uzupełniających się gałęzi przemysłu i nauki, najczęściej z jednego regionu geograficznego, zarabiać pieniądze, bardzo duże pieniądze.

Odwołując się do teorii organizacji można rozróżnić trzy typy współdziałania: współpracę, współzawodnictwo i walkę. Klaster polega na pierwszych dwóch. Po pierwsze, organizacje współpracują ze sobą, ponieważ uczestniczą w tworzeniu wspólnych produktów bądź usług, które docelowo mają być oferowane na rynku globalnym. Po drugie, członkowie klastra konkurują ze sobą, co prowadzi do profesjonalizacji i specjalizacji. Właśnie dzięki temu, że produkty i usługi są tworzone przez wybitnych fachowców mogą być najlepsze. Pomimo tego istotą klastra jest współpraca, bo bez niej nie da się stworzyć wspólnej oferty.

Dlaczego w klastrze najważniejsza jest współpraca? Dlatego, że każdy z nas ma ograniczoną wiedzę. Zdobywanie wiedzy jest trudne, czasochłonne i dużo kosztuje. Dzięki współpracy możemy skorzystać z wiedzy partnera, czyniąc znaczne oszczędności. W zamian partner korzysta z naszej. Oczywiście wymiana wiedzy jest tylko jedną z wielu innych możliwości wzajemnej pomocy i korzyści.

Jednak najtrudniejsze we współpracy jest wzajemne zaufanie. Czy potrafimy sobie nawzajem zaufać? Czy nie jest tak, że wiele polskich organizacji działających w kulturze mogłoby się rozwijać szybciej, gdybyśmy dysponowali większym kapitałem społecznym? A jeśli tak, to w jaki sposób budować go w sferze kultury?


Autor:
Mateusz Lewandowski
Redaktor Naczelny Zarzadzaniekultura.pl - Polskiego Portalu Menedżerów Kultury
Prezes Con Arte Sp. z o.o.
Przewodniczący Rady Fundacji "Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego INRET"
Doktorant w Katedrze Zarządzania Kulturą Uniwersytetu Jagiellońskiego

pszlachta pszlachta
(moderator)

07.09.09, 23:09

Klastry – idea bliższa niż się zdaje
W ostatnim czasie przychodzi mi wielokrotnie opisywać, czym są klastry. Zadanie tym trudniejsze, że dotyczy, w moim przypadku, wyjaśnienia funkcjonowania tych tworów w sferze kultury, a nie choćby produkcji przemysłowej, w czym może być pomocne wiele podręczników i poradników animatorów klastrowych. Niejednokrotnie spotykam się z niechęcią kierowników instytucji kultury do samego terminu „klaster”, który uważają za obcy, „drażniący słuch” i nie pasujący do profilu ich działalności. Może łatwiej jest dotrzeć z przekazem odnośnie korzyści płynących z bycia partnerem klastra, jednakże powoływanie się w tym kontekście na przykład kalifornijskiej „Doliny Krzemowej” w czasie rozmowy z dyrektorem publicznego teatru czy muzeum, który swój styl zarządzania wypracowała już przed laty i uważa za niewymagający zmian podług obcych wzorców, wcale nie musi okazać się argumentem przemawiającym na naszą korzyść.

W przekonywaniu do koncepcji klastrów osób, dla których istotne znaczenie ma historia oraz tradycja, warto zastąpić techniczną nowomowę przyjaźniej i swojsko brzmiącymi odwołaniami do przeszłości regionu. Zwłaszcza w przypadku Małopolski mamy się do czego odwoływać, albowiem idea powiązań i współpracy wewnątrz oraz międzybranżowej była wcielana w życie na tym obszarze już ponad 200 lat temu.

Dzięki badaniom pracowników Małopolskiego Instytutu Kultury nad funkcjonowaniem ośrodka tkackiego w Andrychowie na przełomie XVIII i XIX w., a także moim własnym studiom odnośnie XIX-wicznych spółek chłopskich w Sułkowicach (kowalskiej) i Świątnikach Górnych (kłódkarskiej), uzyskaliśmy wiedzę o rzemieślniczych klastrach z przeszłości. Oczywiście użycie określenie „klaster” ma charakter pomocniczy. Ludzie budujący przed wiekami sieci wzajemnych powiązań produkcyjno-handlowych nie znali tego pojęcia (wprowadzonego przez M.E.Portera niemal dwadzieścia lat temu), lecz używali własnych, takich jak kolegacja, towarzystwo lub spółka. Organizacje te spełniały jednak podstawowe założenie definicji klastra; jako geograficzne skupiska powiązanych gospodarczo i konkurujących ze sobą podmiotów, które dzieliły te same umiejętności, technologię oraz infrastrukturę, a dzięki współpracy osiągały razem lepsze rezultaty niż wynosiłaby suma ich wyników, gdyby działały oddzielnie (Porter, On Competition, Cambridge MA 1998).

Na terenie Pogórza Karpackiego duże rozdrobnienie gospodarstw nie sprzyjało rozwojowi gospodarki opartej o rolnictwo. U progu rewolucji przemysłowej (XVIII w.) lokalni chłopi pańszczyźniani zajęli się wobec tego działalnością rzemieślniczą, co upodobniło ich pod względem zawodowym raczej do mieszczan. Na szczególną uwagę zasługuje aktywność gospodarcza chłopów-tkaczy z XVIII-wiecznego Andrychowa (w 1767 r. miejscowość ta otrzymała prawa miejskie) i okolicznych wisi oraz przysiółków. Początkowo dominowały wśród miejscowych tkaczy indywidualne, niewielkie przedsiębiorstwa, które opierały się o produkcję płótna lnianego w uprzemysłowionej zagrodzie właściciela. Ci następnie zbywali swoje drelichy (gotowe płótna) na okolicznych jarmarkach, a duża część produkcji znajdowała klientów w Krakowie (gdzie oferowali płótno lepsze i tańsze niż miejscowi kupcy).

Andrychowianie w ciągu lat wypracowali jednak o wiele efektywniejszy sposób zarobkowania na płótnie. Wyspecjalizowali się w poszczególnych etapach produkcji (obrotu przędzą, tkaniu, maglowaniu, bieleniu, farbowaniu, skupu płócien, transporcie i handlu detalicznym) i połączyli w chłopskie przedsiębiorstwa handlowe zwane kolegacjami (od słowa kolega), z których pierwsza powstała w 1765 r. Inicjatorem całego przedsięwzięcia była osoba posiadająca największy kapitał, zwana „fundatorem”. „Fundator” czuwał nad skupem płótna od andrychowskich wytwórców, którym wcześniej dostarczył lnu do produkcji (tzw. system nakładczy). Z kolei z fundatorem współpracowali kupcy, z których każdy dysponował specjalnie wykonanym przez lokalnych kowali wozem do transportu drelichów oraz personelem pomocniczym. Kupcy dostarczali towar do oddalonych od Andrychowa miast, gdzie często zakładano składy należące do kolegacji (punkty handlu detalicznego), którymi zarządzali wyznaczeni do tego tzw. gospodarze. Efekty działań kolegacji budzą zdumienie.

Pańszczyźniani chłopi z niewielkiego Andrychowa posiadali swoje składy nie tylko w „pobliskim” Lwowie, ale także w Stambule, Smyrnie, Wenecji, Marsylii, Barcelonie, Lubece, Hamburgu i Moskwie (wiemy o tym z informacji na temat próśb o paszporty kierowanych przez andrychowian do zaborczych władz austriackich). Ponoć nawet zarządcy Egiptu nawiązali kontakty z Andrychowem, w kwestii ewentualnego zbytu bawełny. Natomiast członkowie kolegacji umierając rozdysponowywali w swoich testamentach niemałe fortuny. Oznaczałoby to, że „andrychowski klaster” dzięki idealnie funkcjonującej współpracy i pomysłowości swych członków (często niepiśmiennych chłopów) osiągnął lepsze rezultaty w handlu niż niedaleki Kraków w czasach swej największej świetności (M.Kulczykowski, Andrychowski ośrodek płócienniczy w XVIII i XIX wieku, Kraków 1972). Kolegacje andrychowskie działały jeszcze w pierwszych dziesięcioleciach XIX w., kiedy to „czynniki makroekonomiczne” powstrzymały ich dalszy rozwój. Len był w tej epoce powszechnie zastępowany bawełną, z którą w Andrychowie nie radzono sobie już tak dobrze. Ręczna produkcja płótna nie mogła także konkurować z wynalazkiem mechanicznego krosna Cartwrighta.

Andrychów to nie jedyny przykład na to, że współpraca bez rezygnowania ze zdrowej konkurencji może prowadzić do budzących podziw sukcesów nawet przy skromnym początkowym potencjale. Podobnie rzecz się miała na przełomie XIX i XX w. w dwóch innych miejscowościach Pogórza; Sułkowicach i Świątnikach Górnych.

Sułkowiccy chłopi zajmowali się kowalstwem prawdopodobnie od początków XVII w., gdy nauczyli się tego rzemiosła od Cyganów, którzy zostali zatrudnieni przy zdobieniu sakralnych obiektów w pobliskiej Kalwarii Zebrzydowskiej. Około połowy XIX w. kowali prowadzących przydomowe kuźnie było w Sułkowicach niemal tysiąc. Chcąc wzmocnić swoją pozycję wobec lokalnych kupców sułkowiczanie powołali w 1887 r. organizację spółdzielczą pod nazwą Towarzystwo Kowali, które od 1908 r. działało pod nazwą Spółki Kowalskiej. Kowalom władze galicyjskie proponowały budowę zakładów przemysłu metalowego, w których znaleźliby zatrudnienie jako zwykli robotnicy. Ci jednak woleli pracować nadal na własny rachunek i we własnych warsztatach, choć przy ścisłej współpracy całej lokalnej branży kowalskiej. Podstawowym zadaniem nowo powołanego zrzeszenia było zaopatrywania swych członków w dobry i niedrogi surowiec oraz zapewnienie im zbytu wyrobów po korzystnej cenie. Towarzystwo posiadało również dodatkowe narzędzia, które zwiększało konkurencyjność jego członków wobec innych ośrodków kowalskich.

Pierwszym z nich był tzw. „Müsterwerkstätte”, tj. nowoczesny warsztat wzorcowy mający na celu podniesienie kwalifikacji kowali, a co za tym idzie zwiększenia i polepszenia wyrobów sułkowickiego przemysłu chałupniczego. Ta wzorcowa kuźnia spełniała w związku z tym podwójną rolę: odciążała kowali od najcięższej pracy ręcznej (głownie cięcia grubego żelaza za pomocą młota i dłuta), ale także dostarczała im bardziej nowoczesnych narzędzi i pozwalała zapoznać się z procesami technologicznymi, stosowanymi we współczesnych ośrodkach przemysłu. Jako drugie narzędzie można określić powstałą w 1894 r. trzyletnią państwową szkołą zawodową, która kształciła wykwalifikowanych kowali i ślusarzy. Za zgodą C.K. Ministerstwa Oświaty szkoła została ściśle powiązania ze Spółką Kowalską. Dyrektor Spółki, Franciszek Smereczyński, był jednocześnie dyrektorem szkoły zawodowej, więc dzięki temu budynki warsztatowe szkoły, wraz z bogatym i nowoczesnym jak na owe czasy parkiem maszynowym, zostały oddane bezpłatnie do użytku Spółki. Dodatkowym wsparciem były także tanie kredyty na rozwój działalności udzielane przez Spółkę swym członkom, jak również stypendia dla najzdolniejszych uczniów ze szkoły kowalskiej.

Działający pod szyldem wspólnej organizacji miejscowi chłopi-kowale mieli dostęp do państwowego wsparcia. Tak na przykład Spółka otrzymała od Ministerstwa Robót Publicznych do swojej dyspozycji maszyny o wartości 38 tys. koron. Z kolei jakość wyrobów i wzrastające dochody organizacji przyciągnęły szybko zamożnych udziałowców, którzy dokapitalizowali Spółkę. Jej znakomity rozwój powstrzymał dopiero wybuch I wojny światowej (M.Stanaszek, Sułkowice – osiedle 1000 kowali, Katowice 1973).

Powyższy przykład współpracy rzemieślników chłopskich na obszarze Pogórza Karpackiego w tym czasie nie jest odosobniony. Podobnymi cechami co Spółka Kowalska w Sułkowicach odznaczała się Spółka Ślusarska w Świątnikach Górnych. Powstała ona w 1889 r. z inicjatywy dyrektora miejscowej Szkoły Ślusarskiej, Kazimierza Bruchnalskiego. Zrzeszeni byli w niej wytwórcy kłódek, którzy, jak kowale z Sułkowic, mogli korzystać z urządzeń należących do szkoły i dokształcać się w niej. Spółka działała z przerwami do 1945 r. (Władysław Kwaśniewicz, Wiejska społeczność rzemieślnicza w procesie przemian. Studium socjologiczne wsi Świątniki Górne pow. Krakowskiego (1850-1960), Wrocław 1970).

Zainteresowanie tymi „pradziadkami” współczesnych klastrów w Małopolsce jest coraz większe. Wspomniany Małopolski Instytut Kultury pragnie właśnie przybliżyć szerszemu gronu odbiorców historię andrychowskich kolegacji, a dzięki temu również uświadomić dorastającemu pokoleniu, że dobrze zorganizowana współpraca przynosi korzyści większe niż tej współpracy brak, a tym bardziej „podkładanie nogi” innym. Idea zostanie przekazania za pośrednictwem gry planszowej, a w niedalekiej przyszłości także sieciowej pt. Chłopska szkoła biznesu. Również powstały niedawno Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego INRET odwołuje się do historycznych klastrów w Małopolsce, którymi możemy się szczycić.

Zapewne dalsze poszukiwania przyniosą nowe informacje o organizacjach sprzed wieków, które spełniały funkcje przypisywane dzisiaj klastrom. Może ktoś dotarł także do innych przykładów, np. odnośnie branż bardziej związanych z kulturą? A może warto się zastanowić nad zastąpieniem terminu „klaster”, na który tak wielu narzeka, polskim, historycznym odpowiednikiem? Kolegacja Przemysłów Kultury, czy to dobrze brzmi?



Opracowano na podstawie:
- M.Stanaszek, Sułkowice – osiedle 1000 kowali, (Katowice 1973).
- Władysław Kwaśniewicz, Wiejska społeczność rzemieślnicza w procesie przemian. Studium socjologiczne wsi Świątniki Górne pow. Krakowskiego (1850-1960), (Wrocław 1970).
- Władysław Kwaśniewicz, „Ze studiów nad rzemiosłem wiejskim Pogórza Karpackiego. Świątnicki handel kłódkarski w latach 1850-1914”, Etnografia polska, t. VI (1962), s. 134-162.
-Strona internetowa Małopolskiego Instytutu Kultury (http://www.mik.krakow.pl/)


Autor:
Andrzej Iwo Szoka
- Doktorant na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego
- Student Zarządzania Kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim.
- Wolontariusz w Fundacji "Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego INRET"

pszlachta pszlachta
(moderator)

15.09.09, 05:19

Klaster – jak to działa?
Klastry jako forma współdziałania organizacji staje się coraz bardziej popularna. W USA działa ich ponad 400, natomiast w Polsce, według szacunków Państwowej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, jest około 50. Liczba ta ciągle rośnie i dotyczy organizacji z różnych branż, m.in. energetyki, informatyki, biotechnologii, przemysłu drzewnego czy chemicznego, turystyki, medycyny, lotnictwa, górnictwa. Co najważniejsze także kultura „zaczyna się klastrować”, o czym świadczą takie inicjatywy jak Klaster Kultury Lubelszczyzny, Klaster Medialny w Łodzi, Krakowska Strefa Dizajnu, Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego INRET, bielska Lokomotywa czy też górnośląska inicjatywa klastrowa (została podpisana wstępna deklaracja i trwają przygotowania do powołania klastra). Skoro tyle organizacji próbuje działać wspólnie, należy zapytać jak może funkcjonować klaster w sferze kultury?

Najlepiej odpowiedzieć na to pytanie odwołując się do przykładu - niech będzie to włoski klaster muzeów we Florencji. Podstawowa działalność muzeów, w uproszczeniu, polega na gromadzeniu pewnego typu obiektów oraz ich przechowywaniu, konserwowaniu, zabezpieczaniu a także na udostępnianiu tychże. Konkretniej: jedno z muzeów ma renesansowe płótna, które są w kiepskim stanie. Konserwację tych dzieł powierza osobom zarekomendowanym przez związek konserwatorów sztuki, którzy wykorzystują chemikalia produkowane specjalnie na ich potrzeby przez jedną z florenckich firm. Dzięki temu udaje się doprowadzić je do prawie idealnego stanu. Wcześniej płótna te zostały udostępnione w celach badawczych naukowcom z uniwersytetu we Florencji. Na podstawie wyników badań oraz wiedzy kuratorów muzeum zostały opracowane ciekawostki dotyczące dzieł. Kiedy muzealia wróciły od konserwatorów kuratorzy opracowali wystawę, a jednej z florenckich agencji marketingowych zlecono opracowanie odpowiednich materiałów reklamowych, w co zostali zaangażowani najlepsi miejscowi graficy.
Ponadto specjaliści od marketingu zasugerowali, aby pracownicy muzeum oprowadzający wystawy byli ubrani w odpowiednie stroje. Do ich zaprojektowania zostali zaproszeni członkowie florenckiego klastra mody. Zdecydowano się na przygotowanie oferty komercyjnej: albumów książkowych, które przygotowali lokalni graficy komputerowi i wydawcy, filmów DVD, które przygotowało kilka firm z miejscowego klastra medialnego itd.

Inne muzea, poprzez uczestnictwo w klastrze muzeów, wiedziały o planowanej wystawie. Porozumiały się z dyrekcją oferując imprezy o mniejszym znaczeniu jako towarzyszące głównej wystawie. Tak dużym przedsięwzięciem zainteresował się jeden z banków, który zaproponował muzeom korzystne warunki ubezpieczenia imprezy głównej i wszystkich imprez towarzyszących. Dzięki ciekawostkom i odpowiedniej formie komunikacji z niezorientowanymi w sztuce odbiorcami, wystawa odniosła olbrzymi sukces międzynarodowy, a przy okazji wiele osób odwiedziło także pozostałe muzea. Te z kolei poza frekwencją zaoszczędziły na ubezpieczeniach i zyskały na prestiżu. Aby zobaczyć wystawy turyści przyjeżdżali z całej Europy, zostawiając w mieście sporą ilość pieniędzy (m.in. na hotele, gastronomię, transport, pamiątki), co przyczyniło się do wzrostu gospodarczego Florencji.

Oczywiście powyższy przykład jest uproszczony i wymyślony (choć oparty na autentycznej strukturze florenckiego klastra muzeów). Pokazuje jednak istotę działania w klastrze i w jaki sposób różne podmioty bezpośrednio lub pośrednio zaangażowane w przedsięwzięcie kulturalne zyskały na nim. Zresztą klaster nie musi mieć formalnej struktury, nie musi zostać oficjalnie powołany aby funkcjonować. Warto jednak aby niezależny podmiot animował działania partnerów, podpowiadając im rozwiązania i zachęcając do wspólnych inicjatyw.

Ponieważ duży może więcej, współpraca po prosu się opłaca. Więc dlaczego nie spróbować dołączyć do klastra?


Autor:
Mateusz Lewandowski
Redaktor Naczelny Zarzadzaniekultura.pl - Polskiego Portalu Menedżerów Kultury
Prezes Con Arte Sp. z o.o.
Przewodniczący Rady Fundacji "Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego INRET"
Doktorant w Katedrze Zarządzania Kulturą Uniwersytetu Jagiellońskiego

Chwedorowicz Chwedorowicz

19.09.09, 20:40

Lokalny lider kultury tworzy klastry kultury
Lokalny lider kultury tworzy klastry kultury

Główny nurt dyskusji nt. funkcjonowania struktur sieciowych w kulturze dotyczy sieci tzw. klastrów – przemysłów kultury, które tworzą się na dużych obszarach geograficznych takich jak miasta czy regiony. Z badań lokalnych liderów kultury, jakie prowadziłem w roku 2008 na obszarze Mazowsza wynika, że procesy klasteringu mogą zachodzić również na mniejszych geograficznie obszarach takich jak dzielnice, osiedla, małe miasteczka czy wsie.

Proponuję zastosować pojęcia klastra i klasteringu do opisu procesów, jakim podlega działalność wielu organizacji kulturalnych prowadzonych przez osoby, które określiliśmy mianem liderów. W przypadku tych placówek trudno byłoby mówić o przemyśle kultury. Raczej chodzi o sieć współpracujących ze sobą małych instytucji i organizacji kultury, takich jak lokalne ogniska i kluby kultury, biblioteki, szkoły, stowarzyszenia i inne organizacje pozarządowe, teatry amatorskie, ogniska sportowe, a nawet nieformalne grupy związane z parafiami takie jak chóry itp. Nie generują one zysku, a często nawet dochodów. Nie funkcjonują też na zasadach rynkowych. Jednym z głównych tego powodów są, jak się wydaje, niskie dochody faktycznych i potencjalnych odbiorców ich usług, na co zwraca uwagę T. Słaby (Słaby,2003).
Ciekawym aspektem tak rozumianch procesów klasteringu, jest związek ich powstania z działalnością szczególnej grupy animatorów kultury, która została wyodrębniona i opisana jako liderzy.
Mimo pewnej anemii procesów rynkowych w sferze kultury, działalność podmiotów prowadzonych przez liderów kultury wyróżnia się ożywieniem i zdobywa znacznie szersze niż gdzie indziej kręgi odbiorców. Rośnie tam ilość i jakość oferowanych produkcji kulturalnych, stają się one dobrem regularnie pożądanym. Proces ten wydaje się być wynikiem szczególnej, lokalnej koegzystencji organizacji, grup i instytucji prowadzących działalność w sferze kultury i czasu wolnego. Zależy on od liderów i osób kluczowych inicjujących i rozwijających współpracę tych podmiotów, które jednocześnie nie rezygnują z wzajemnej konkurencji, inspirują się wzajemnie i wymieniają się doświadczeniem, a zarazem podnoszą sobie nawzajem poprzeczkę.
Z przeprowadzonych w 2008 roku, badań aktywnych na rynku kultury animatorów woj. Mazowieckiego wynika, że intensywna komunikacja liderów ze społecznością lokalną i realizowana za jej pośrednictwem współpraca, prowadzi do powstania wokół ośrodków prowadzonych przez badanych liderów lokalnych sieci partnerskich. Sieć, którą tworzą w takich miejscach” nazywamy mikroklastrem kultury (Chwedorowicz,2008).
Z badań wyłania się portret lokalnego lidera kultury, którego metaforycznie przedstawiamy jako kierowcę autobusu (którym jest jego własna organizacja kultury). Badania pozwoliły na określenie determinant skuteczności animatora w roli lokalnego lidera kultury. W zaproponowanym modelu zwracamy uwagę na związek osiąganych sukcesów z takimi działaniami jak:
· stworzenie wizji i misji prowadzonej działalności (określenie celu jazdy),
· zbudowanie zaangażowanego zespołu dzięki wprowadzeniu atmosfery – empowermentu (zebranie pasażerów),
· wspólne opracowanie operacyjnej definicji wizji metodą projektów (opracowanie planu podróży autobusem),
· outsourcing – wykorzystanie w realizowanych projektach wysokiej klasy wykonawców,
· stosowanie instrumentów marketingowych (zadbanie o paliwo) dla zapewnienia finansowania
· wprowadzanie innowacji (turbo doładowanie dla przyspieszenia jazdy)
· skuteczna komunikacja ze środowiskiem lokalnym i współpraca w społeczności z poszczególnymi członkami prowadzi do tworzenia się lokalnych struktur sieciowych, które można okreslić jako klastry

Wyłoniony w trakcie badań, przedstawiony powyżej wzór organizowania działalnosci kulturalnej przez animatorów cieszących się sukcesami i uznaniem społecznym obejmuje działania opisane hasłem „Misja – Wizja – Empowerment – Myślenie Projektami – Outsourcing - Marketing – Innowacja – Komunikacja” przyczyniają się do tworzenia się lokalnych struktur sieciowych zwanych klastrami Wydaje się, że ten wieloczłonowy wzór – schemat postępowania mógłby z powaodzeniem pełnić rolę instrukcji dla wszystkich animatorów kultury, którzy chcą w swoich społecznościach lokalnych budować klastry kultury.

Dr Józef Chwedorowicz
Akademia Muzyczna w Łodzi

pszlachta pszlachta
(moderator)

27.10.09, 08:17

Goście mówić bedą
Wkrótce zaprezentowane zostaną kolejne artykuły zaproszonych gości, tworzone specjalnie z myślą o tym wątku.

Pragne przypomniec, iz prezentowane w tym watku teksty, wyrazaja opinie i przekonania ich autorow, nie moderatora.

Majac moznosc zapraszania gosci licze na to, ze nie zgadzajac sie czasem z ich opiniami, wywola to polemike, tak cenna na tym Forum.

pszlachta pszlachta
(moderator)

26.11.09, 18:13

.
.

pszlachta pszlachta
(moderator)

09.12.09, 11:00

Czy Polacy potrafią współpracować?
Spróbujmy przeprowadzić eksperyment. Włóżmy kij w mrowisko, dorzućmy odrobinę dzięgciu, garść niezadowolenia; dwa ziarna goryczy, która jest smakiem potraw i napojów, jest także smakiem wewnętrznym-smakiem duszy, która doznaje zawodu albo rozczarowania. Smak ów wchodzi we wszystko, co wypada nam czynić, mówić lub myśleć, przenika nawet nasz uśmiech(1).

Zakupmy kilka świętych krów oraz kilka czerwonych dywanów dla elitarnych stóp. Dorzućmy trochę słomianego zapału do budowy chochoła. Wybierzmy się na
targowisko próżności i polećmy Polakom, by podjęli współpracę. Może okazać się, że każdy zechce zostać królową pszczół, każdy będzie miał najwięcej do powiedzenia, każdy będzie chciał pokazać na co go stać. Będzie miał potrzebę kompensacji swoich kompleksów.

Strategia „ win to win, a pozycjonuj się lub zgiń”. Mam wrażenie, że wciąż ten drugi w mentalności przeciętnego Polaka jawi się jako niebezpieczny, zagrażający rywal czyhający na jego bezpieczeństwo, pozycję społeczno-zawodową, a nawet jako przyczynek do utraty tożsamości.
A gdyby tak zdobyć się na dialog społeczny polegający na konstruktywnej rozmowie, zamiast na krzyku czy agresywnej argumentacji? A gdyby tak nabrać dystansu do siebie? Gdyby odkryć czym jest efekt synergii i co to znaczy być częścią sieci? Gdyby podjąć pracę nad budowaniem zaufania społecznego? Gdyby tak odrzucić lęki, niepokoje, narzekania kompleksy, a umacniać ducha mobilizacji do działania czy solidarności? Gdyby tak
przekroczyć granicę zahamowań mentalnych nie pozwalających na ryzyko czy zmianę?

Uważam, że obowiązkiem państwa jest stworzenie obywatelom warunków do swobodnego podejmowania inicjatyw oddolnych, do aktywności społeczno-kulturalnej, do brania odpowiedzialności za kształt otoczenia, w którym żyją. Państwo powinno wzmacniać
społeczeństwo obywatelskie. Niekiedy powinno ingerować, a niekiedy po prostu zamilknąć.

Uważam, że zadaniem animatorów czy liderów inicjatywy społecznej jest nauczenie obywatela wędkowania, zamiast podanie mu gotowej ryby i umocnienie jego biernej postawy(2).
Do zadań animatorów inicjatywy społecznej należy nauczenie obywatela współpracy oraz dialogu, a także zapewnienie, że może mieć wpływ na otaczającą go rzeczywistość, bo wiara przypomina nadzieję, ale tam gdzie nadzieja pragnie, wiara wie. Mieć nadzieję to marzyć, że sprawy ulegną zmianie, wierzyć to działać w pełnym przekonaniu, że tak będzie(3).

--------------
(1) K. Wojtyła, Przed sklepem jubilera
(2) A. Lauveng, Niepotrzebna jak róża, wyd. Smak Słowa 2009.
(3) op.cit



Autor:
Magdalena Tobola
Absolwentka Zarzadzania Kultura na Wydziale Zarzadzania i Komunikacji Spolecznej Uniwersytetu Jagiellonskiego.
Studentka Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Jagiellońskim.

pszlachta pszlachta
(moderator)

09.12.09, 11:11

Czy Polacy potrafią ze sobą współpracować? Systemowa odpowiedź na indywidualną rozterkę.
Nie mamy łatwej przeszłości. Nasza powojenna historia do osiemdziesiątego dziewiątego roku nie sprzyjała otwartości na innych. Mądrość ludowa wyrażona w słowach “Swoje myśl, kuferek trzymaj zamknięty” sprawdzała się szczególnie dobrze w tamtym okresie.

Inżynier Karpiński, twórca procesora, który przebijał szybkością wszystko co istniało w tym czasie na Zachodzie nie został polskim Billem Gatesem. Wtrącono go do więzienia, a potem nie wydano paszportu. Założył hodowlę świń. Dolina Krzemowa powstała gdzie indziej. Władzy ludowej świetnie szło niszczenie tego co dobre, obywatelskie i inteligenckie.

A teraz? W dwadzieścia lat po transformacji? Zaintrygowała mnie ostatnio w “Metrze” wypowiedź prof. Nęckiego. Poseł Palikot, w ramach komisji Przyjazne Państwo proponuje zniesienie obowiązku donoszenia do urzędów dwudziestu rodzajów różnych zaświadczeń, takich jak zaświadczenie o stanie cywilnym, numerze NIP czy o tym, że jest się studentem. Zdaniem posła Palikota w takich przypadkach, urzędnik powinien po prostu przyjąć od nas oświadczenie. Przecież za składanie nieprawdziwych oświadczeń grozi kara. Nasz czas i energia mogą być lepiej wydatkowane niż na uganianie się od jednego urzędu do drugiego po to by donosić im kolejne świstki. Któż z nas nie był kiedyś ofiarą takiej urzędniczej małostkowości? I po co? Jeśli urzędnik uważa, że kłamiemy, może podnieść telefon i porozumieć się z urzędnikiem w innym urzędzie, żeby tę informację sprawdzić. Istnieje przecież możliwość kontroli, a konsekwencje składania nieprawdziwych oświadczeń ponosić będzie obywatel.

Zgadzam się z poglądami pana posła, a poglądy prof. Nęckiego wprost mnie zaszokowały. Wyraził tezę, że dopiero jego wnuki nie będą kombinować w urzędach. Z jego wypowiedzi wynika, że przeciętny Polak jest kombinatorem, który będzie kłamał. A te kłamstwa doprowadzą nawet do zafałszowania danych w urzędach, na które jako państwo nie jesteśmy sobie w stanie pozwolić. Kraje takie jak USA i Wielka Brytania mają długą tradycję mówienia prawdy. Logika pana profesora mnie poraża. Każdego obywatela, w każdej chwili powinien pilnować strażnik! Bo ludziom nie można zaufać. Pan profesor wydaje się być przedstawicielem starszego pokolenia, które zostało wychowane i okaleczone emocjonalnie przez komunizm.

Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden przykład: Irlandia. Jakoś wprowadzenie wielkiej populacji polaków, nie skorumpowało irlandzkiego systemu urzędowego. Polacy w Irlandii mają opinię uczciwych i pracowitych. Czy to dlatego, że tylko uczciwi i pracowici pojechali do Irlandii pozostawiając w kraju swoich nieuczciwych i leniwych pobratymców? Mnie wydaje się, że generalnie jesteśmy uczciwi i pracowici i tylko potrzebujemy systemu, który naszą uczciwość i pracowitość będzie premiował, a nie poddawał ją na każdym kroku w wątpliwość.

Traktujmy ludzi jak odpowiedzialnych dorosłych a nie małe, kombinujące dzieci. Musimy tworzyć system, który to system jest dla obywatela a nie odwrotnie. I nie możemy z tym czekać aż do pokolenia wnuków. Bo chora sytuacja kreuje chore postawy. To trochę jak zjawisko fali w wojsku czy w internacie. Nie należy się zastanawiać, czy po jej rozbiciu uda się utrzymać karność. Patologię trzeba po prostu zlikwidować dlatego, że jest patologią. Jeśli się tego nie zrobi i ten więzienny system będzie trwał, to kto wie, może i te wnuki wyrosną na kombinatorów.

Argument historyczny, że po tylu latach komunizmu potrzebujemy całych pokoleń aby wyrwać się z chorych wzorców postaw uważam za nietrafiony. Po stu dwudziestu trzech latach niewoli pod zaborami powstała niepodległa Polska. Nikt z żyjących wtedy nie pamiętał wolnej Polski, a jednak w dwudziestoleciu międzywojennym powstało społeczeństwo obywatelskie. Polacy zaufali samym sobie.

Nasi międzywojenni rodacy poświęcali czas nie tylko dla siebie, ale przynależeli do różnego rodzaju stowarzyszeń, często więcej niż do jednego, w różny sposób i w różnych dziedzinach służą dobru publicznemu.

Jakże odmienne były ich postawy w porównaniu do naszego pokolenia transformacji, dzisiejszych czterdziestoparolatków, największych wygranych przemian, których słusznie za brak postawy obywatelskiej punktuje jego przedstawiciel Tomasz Lis. Zadufani w siebie, wydaje im się, że to co mają osiągnęli tylko własną pracą, zupełnie spychając do podświadomości fakt, że swój sukces zawdzięczają głównie temu, że urodzili się we właściwym momencie. Żadne pokolenie przed nimi, ani po nich nie miało już takich szans. I to jest temat do bardzo ciekawych dociekań. Generalnie postawy obywatelskiej, z nielicznymi wyjątkami, trudno się u nich doszukać.

Czyżby era komunistyczna poczyniła takie spustoszenia jakich nie udało się dokonać podczas zaborów? Mamy prawo do równania w górę a nie w dół. I być dobrze traktowani jak uczciwi obywatele nie tylko w Irlandii. Ten kto wyjechał chociaż na chwilę do jednego z Krajów Stabilnej Demokracji ten wie, jak o wiele przyjemniejsza atmosfera tam panuje w urzędach i nie tylko. To w czym zostaliśmy wychowani, podobnie jak małe dzieci uznajemy za normalne. Ale po pewnym czasie, z dzieci wyrastamy na młodzieńców, którzy mogą krytycznie patrzeć na otaczającą ich rzeczywistość i tak jak mityczni herosi ją zmienić. Sam miałem okazję porównać Polskę do USA i Australii, ale także do krajów trzeciego świata, gdzie obywatelowi, nie ufa się do tego stopnia, że przy wyrabianiu dowodu osobistego standardowo zdejmuje mu się odciski wszystkich dziesięciu palców. Jest to traktowanie, które nawet u nas jest zarezerwowane dla podejrzanych o poważne przestępstwa kryminalne. Bilans mojego subiektywnego porównania jest taki, że w sumie bliżej nam do pierwszego świata niż do trzeciego. Trzeba wykonać kulturowy skok i trzeba dobrze patrzyć, żeby wykonać go we właściwym kierunku.

Myślę, że profesorowie na polskich uczelniach są przyzwyczajeni do traktowania z góry studenckiej masy. Wielkim szokiem dla mnie, kiedy przez krótki czas studiowałem w Polsce na uniwersytecie był wciąż istniejący komunistyczno-pańszczyźniany system stawiania ocen za pomocą indeksów. Student spędzał nieproporcjonalną ilość czasu i pieniędzy (na przykład na podróże do Warszawy aby zlokalizować nigdy nie pojawiających się na zajęciach profesorów), aby kolekcjonować do zielonej książeczki profesorskie autografy. Za granicą (ale nie tą z Białorusią) wygląda to w ten sposób, że to wykładowca zobowiązany jest w terminie wypełnić i dostarczyć arkusz z ocenami studentów do administracji uniwersytetu. Ta z kolei co semestr wysyła studentom wydruki. Co w tym takiego skomplikowanego? Ano nic. Dlaczego coś tak normalnego nie zostało jeszcze u nas wprowadzone?

W każdej dziedzinie naszego życia publicznego (ale i w każdym urzędzie czy kasach na dworcu PKP) funkcjonują Latimerie – żywe skamieliny, niezmienione od czasów późnego Gomułki. Kiedy prawie dziesięć lat temu pracowałem przy amerykańskim filmie kręconym w Polsce to anglojęzyczna część ekipy z ciekawością wypytywała mnie o zmiany, które nastały w pierwszym dziesięcioleciu naszej nowej niepodległości. Opowiedziałem o tych pozostałościach starego reżimu, i o tym, że kiedy tylko to zepsute pokolenie blokujące wszelkie zmiany na lepsze przejdzie na emeryturę to na pewno wykonamy jeszcze jeden wielki cywilizacyjny skok naprzód. Dziesięć lat później widzę, że miałem tylko częściową rację. Młode osoby wprowadzone w środowiska pracy nad którymi unosi się duch starych komunistycznych czasów po pewnym czasie równają w dół. Natknąłem się już nie raz, i Państwo na pewno też, na takie dwudziestoparoletnie Latimerie. Zdarza to się w szczególności w zakładach pracy chronionej, takich jak TVP, ZUS czy US do których nie dociera światło z zewnątrz. Stare pokolenie wychowuje nową gwardię.

Wszystkim zainteresowanym proponuję prześledzenie historii Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego. Grupę ochotników, studentów (przebadanych pod kątem niekaralności, zdrowia psychicznego i braku sadystycznych tendencji ) podzielono na„strażników” i „więźniów”. Eksperyment, który był zaplanowany na dwa tygodnie, został przerwany po sześciu dniach, dlatego że „strażnicy” tak wcielili się w swoje role, że uznano, że kontynuowanie eksperymentu może być tragiczne w skutkach. Wyniki tego eskperymentu są jasne i nie da się tego w żaden sposób inaczej interpretować. Chory system stworzy chore postawy. Jeżeli system jest ustawiony w taki sposób, że Latimerie są w pozycji aby utrudniać nam życie, to będą je nam utrudniać. Można systemowo wtłaczać ludzi w role oprawców i ofiar, a można też opowiedzieć się za zdemontowaniem takiego systemu.

W kontekście Kongresu Kultury Polskiej moderatorowi forum na pewno chodzi o to, czy Polacy potrafią ze sobą współpracować w sferze kultury. To o czym piszę wydaje się być trochę ogólne, ale trudno oczekiwać, że w sfera kultury będzie jakąś szczególną sferą, która będzie działać na zupełnie innych zasadach niż społeczeństwo w którym funkcjonuje. A może tak? Może gdzieś trzeba zacząć, nie czekając aż ktoś rozmontuje dla nas ten chory system i przygotuje pole do działania. Nie można cały czas czekać na mannę, która spadnie z nieba, trzeba czasem kierować się indywidualnymi przekonaniami, indywidualną odwagą. Niektórzy z nas są z natury optymistami.

Ale gdyby stworzyć twórcom takie warunki rozwoju, zapewnić taki mikroklimat, w którym mogą spokojnie zająć się tym w czym są najlepsi, to znaczy pisaniem, malowaniem, robieniem filmów, a nie zajmowaniem się wszystkim innym czyli gonieniem za pieniędzmi, lobbowaniem, kombinowaniem, a przede wszystkim trzymaniem kuferka zamkniętego, bo inaczej koledzy z branży mogą go nam obrobić. Mówię tu nieco oględnie o podkradaniu pomysłów.

Jeśli Polacy kombinują, to dlatego, że system jest chory, nie dlatego, że z natury rzeczy jesteśmy kombinatorami. Nie wydatkujmy czasu i energii na sprawy, które w gruncie rzeczy nie mają żadnego sensu. Poświęćmy się rzeczom, które mają sens, a kombinatorzy wpadną w końcu przy wyrywkowej kontroli i poniosą konsekwencje składania fałszywych oświadczeń. Niech nasz system zajmie się ułatwianiem, zamiast uprzykrzaniem nam życia.

Jeśli zaś chodzi o środowisko twórców, to jest kilka dobrych wzorców, które funkcjonują w Krajach Stabilnej Demokracji, o których przeszczepienie na nasz grunt należałoby się pokusić. W USA funkcjonuje WGA czyli Writer’s Guild of America, coś w rodzaju związku zawodowego pisarzy. Prócz głośnych akcji takich jak strajk pisarzy z 1988 roku (który był takim ciosem dla amerykańskich stacji telewizji, że niektórzy uważają, że do dziś nie doszły one po nim do siebie), WGA ułatwia życie swoim członkom i twórcom niezrzeszonym, poprzez internetową rejestrację scenariuszy, które za przystępną opłatą są przechowywane na zabezpieczonych serwerach przez zdefiniowany okres czasu, na przykład dziesięciu lat. Łatwo sobie wyobrazić, że przy podjęciu tego rodzaju środków ostrożności, młodemu twórcy łatwiej jest uchylić wieko kuferka. W takim systemie po prostu łatwiej się żyje. W branży filmowej w szczególności, bo w odróżnieniu od powieści, scenariusz nie jest dziełem końcowym, a półproduktem, który z natury rzeczy musi być przedstawiony szerszej grupie osób, w procesie zdobywania funduszy na jego realizację.

Kto ma podjąć takie wyzwanie polegające na zorganizowaniu twórcom przyjaznej pracy atmosfery i systemu? Czy na przykład organizacja typu klaster „In-Ret” z Krakowa pod prezesurą moderatora Pawła Szlachty potrafi zmierzyć się z takim zadaniem? Czy takie pomysły mają szansę na powodzenie? Z pewnością wolę kibicować takim przedsięwzięciom, niż słuchać tych, którzy nie wierzą w swoich rodaków i ich przyzwoitość.

Bliżej nam do pierwszego świata niż do trzeciego, a każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie jaka jest jego wiara w rodaków. Mam nadzieję, że będziemy sobie potrafili zaufać na tyle, żeby wykonać ten kolejny cywilizacyjny skok do przodu.



Autor:
Paul Tyler
Skończył szkołę filmową w Sydney.
Jest twórcą krótkich filmów fabularnych, dokumentów telewizyjnych i pisarzem.
Obecnie mieszka w Krakowie.

www.paultyler.info


pszlachta pszlachta
(moderator)

09.12.09, 11:32

Działalność komercyjna w publicznej instytucji kultury. Wyzwanie i nowa szansa czy zagrożenie misji społecznej?
Działalność publicznych instytucji kultury w warunkach gospodarki wolnorynkowej może być finansowana ze środków budżetowych (finansowanie odnoszące się zarówno do budżetu państwa, jak i budżetów jednostek samorządu terytorialnego) lub wpływów pochodzących od ludności i sektora prywatnego. Zdobywanie środków na własną rękę przez instytucje kultury opiera się głównie na pobieraniu opłat za udostępnianie usług kulturalnych, a także pozyskiwaniu funduszy od sponsorów i mecenasów kultury. O ile sponsoring i wsparcie ze strony dobroczyńców nie budzą większych oporów, to wprowadzanie pełnej lub częściowej odpłatności za usługi kulturalne ma zarówno wielu zwolenników, co przeciwników. Do argumentów „za” należą m.in.:

- Pozyskanie dodatkowych środków na częściowe lub pełne sfinansowanie wydarzeń, przedsięwzięć czy imprez kulturalnych. Odciąża się w ten sposób budżet instytucji, można także realizować działania, których przeprowadzenie nie byłoby możliwe bez ich samofinansowania.

- Wzrost środków pozyskiwanych z własnej działalności przez instytucje kultury powinien przyczynić się do poprawienia gospodarności w całym sektorze.

- Opłaty zwiększają rangę usług w dziedzinie kultury, ponieważ to co jest darmowe jest słabiej doceniane w stosunku do dóbr, za które się płaci.

- Odbiorcy bardziej angażują się w proces świadczenia usług kulturalnych, gdy są one płatne. W ten sposób instytucja realizuje swą misję z udziałem mniejszej liczby osób, ale za to efektywniej.

- Za pomocą ceny można regulować strukturę konsumpcji tych usług. Można dzięki temu zachęcać ludzi do brania udziału w bardziej ambitnych przedsięwzięciach kulturalnych przez stosowanie niższych opłaty, niż w przypadku pozostałych imprez.

- Wprowadzenie opłat umożliwia przekształcenie instytucji usługowych finansowanych podmiotowo w instytucje finansowane przedmiotowo, co umożliwiałoby wprowadzenie bodźców stymulujących wzrost jakości i wydajności pracy oraz zwiększenie zaangażowania pracowników w proces świadczenia usług [Przybylska 2007, s. 45-46].

Warto przyjrzeć się także zdaniu przeciwnikom wprowadzenia odpłatności. Mówią oni m.in.

- Tylko pełna nieodpłatność usług w zakresie kultury zapewnia ich powszechną dostępność oraz możliwość realizowania przez państwo określonej polityki w tej sferze.

- Pełną odpłatność można zastosować w kulturze tylko w przypadku: usług trywialnych (np. rozrywki cyrkowe) oraz usług o wyższym standardzie (np. loża w teatrze) [Tamże, s. 46].

- Działania samofinansujące mogą stać się polem do różnego rodzaju nadużyć.

- Nastawienie instytucji na zysk jest zagrożeniem dla realizacji jej statutowych zadań oraz misji społecznej.

- Nieuchronne jest wykluczenie uboższych grup społecznych w dostępie do części usług kulturalnych.


Nad wszystkimi wyżej wymienionymi „za” i „przeciw” można przeprowadzić osobną dyskusję. Argumenty popierające wprowadzenie mechanizmów rynkowych w ramy publicznego sektora kultury, mówią o poprawie efektywności w tym sektorze. Ich wprowadzenie może nawet dać instytucjom narzędzia, dzięki którym lepiej będą wykonywać swoją misję. Należy jednak stwierdzić, że ciekawe pomysły zwolenników komercjalizacji kultury, trafiają w Polsce na liczne praktyczne ograniczenia. Przede wszystkim w społeczeństwie polskim dobra kultury zajmują ciągle odległą pozycję w hierarchii celów i wartości życiowych. Mimo okresowej poprawy kondycji finansowej, sfera ubóstwa wśród Polaków jest na tyle duża, że uniemożliwia wzrost aspiracji kulturalnych społeczeństwa, tym bardziej, że muszą się one kształtować w długim procesie edukacyjnym [Mazurek-Łopacińska 1998, ss. 7-8]. W związku z tym, wprowadzenie odpłatności za usługi kulturalne o podstawowym znaczeniu, świadczone przez: biblioteki, czytelnie, domy i ośrodki, kultury, muzea, spowoduje znaczne ograniczenie w dostępie do nich ludności. Jest to z kolei sprzeczne z misją społeczną wypełnianą przez te podmioty. Z drugiej jednak strony, miejskie biblioteki i domy kultury również funkcjonują w otoczeniu rynkowym, a więc rynek nie może pozostać bez wpływu na tego typu instytucje. Konieczne jest więc przyjęcie nowego sposobu myślenia zawartego w koncepcjach zorientowanych na rynek. Wymaga to od kadry zarządzającej przede wszystkim prawidłowego określenie misji instytucji i jej sprawnego realizowania. W przypadku dóbr kultury o ponadpodstawowym charakterze (opery, teatry, kina, filharmonie) rynek w większym stopniu decyduje o dostępie do nich społeczeństwa. Mamy jednak problem, czy dzieł bardziej ambitnych, które oferują wymienione wyżej placówki, nie traktować szczególnie. Czy nie chronić ich przed wpływem mechanizmów wolnorynkowych, które mogą być zagrożeniem dla ich powstawania [Tamże, s.8].

Mocnym argumentem sceptyków komercjalizacji kultury są występujące w trakcie jej realizowania nadużycia. Większa swoboda w działaniach dyrektorów i kierowników sektora publicznego, to niestety także wiele okazji do nielegalnego wzbogacenia się (przykładem często spotykanym jest wynajmowanie powierzchni instytucji na cele komercyjne kosztem miejsca na działalność statutową). Tego typu postępowanie odbijają się z kolei na realizowaniu misji społecznej.

Ograniczeniem we wprowadzaniu mechanizmów rynkowych w instytucjach kultury, mogą być także opory samych pracowników. Wielu z nich, zwłaszcza tych niższego szczebla, może uważać działalność komercyjną oraz cała sferę wolnorynkową jako bezduszną i wymagające od nich więcej, niż są w stanie dać. Nie jest przecież tajemnicą, że w wielu placówkach kulturalnych, struktura zatrudnienia ukształtowała się jeszcze w poprzednim okresie ustrojowym. W takim przypadku instytucja może być traktowana jako „oaza bezpieczeństwa” dla starszych pracowników, a wszelkie zmiany uważane za potencjalne zagrożenie. Innego rodzaju problem może dotyczyć kadry kierowniczej. Zarządzający instytucjami kultury nie zawsze mają odpowiednie przygotowanie ekonomiczne i menadżerskie. Stosowane przez nich stereotypy myślenia i działania utrudniają adaptację do zmienionych warunków otoczenia [Tamże, s. 8].

Można się zgodzić ze zwolennikami rozwiązań wolnorynkowych w kulturze, że stuprocentowe uzależnienie placówki od dotacji budżetowych odbija się negatywnie na produkcji kulturalnej. Limitowane czasowo subsydiowanie może wprowadzić marazm i ograniczać tendencje rozwojowe oraz innowacyjność w poczynaniach kierownictwa. W krajach zachodnich, rządy starają się wobec tego zwiększyć znaczenie funkcji generującej dochód w placówkach kulturalnych, aby w ten sposób one same stymulowały swoje społeczne funkcje [Hagoort 1996, ss. 49-52].

G.Hagoort wyróżnił kilka zestawów samofinansujących działań instytucji kultury, które prowadzą do likwidacji ich najsłabszych stron oraz zwrócą większą uwagę na ich społeczne funkcjonowanie. Przedstawiam ciekawsze przykłady:

a) Dyscyplinowanie polityki sprzedaży. Przykładowe działania to: wprowadzenie nowych technik sprzedaży (np. sklep internetowy), wprowadzenie nagród dla stałych klientów, wprowadzenie sprzedaży wiązanej (np. wizyta + praca kształcąca), zredukowanie cen dla pokrewnych organizacji.

b) Dyscyplinowanie polityki kosztów własnych. Przykładowe działania to: wliczanie kosztu usługi w cenę, przerywanie działań zwiększających koszty nieuzasadnione z punktu widzenia podstawowych celów.

c) Poszerzenie lub zmodyfikowanie pakietu działań. Przykładowe praktyki to: wprowadzenie korzystnych finansowo działań edukacyjnych, sprzedaż artykułów pokrewnych, sprzedaż posiadanego know-how, eksploatacja praw autorskich.

d) Włączenie „dochodowych” ogniw do struktury organizacji. Przykładowe działania to: komercyjne wykorzystanie wyposażenia lub lokalu, wprowadzenie działalności gastronomicznej lub hotelarskiej.

e) Komercyjna współpraca z instytucjami, które mają rozwinięte funkcje silnie generujące dochód: przemysł mediów, turystyka kulturalna, gastronomia/hotelarstwo.

f) Wchłonięcie instytucji kulturalnych, które rozwinęły funkcję generującą dochód: instytucji skupiających się na edukacji, firmy wynajmujące sprzęt lub lokal, oferujące usługi cateringowe[Tamże, ss. 51-52].


Jest jasne, że nie wszystkie z powyższych działań można zastosować na gruncie polskim. Przeszkodą są głównie ograniczenia finansowe, czasami także prawne. Nie jest również rozwiązaniem dobrym, skupienie się tylko na jednym rozwiązaniu samofinansującym, do czego nieraz dochodzi w rodzimych instytucjach. Jeżeli na przykład kierownictwo zacznie poświęcać większość swojego czasu i energii na zarządzanie przymuzealną kawiarenką, wówczas może dojść to obniżenia poziomu świadczenia statutowych usług placówki, a w ten sposób powstanie poważne zagrożenia dla poprawnego wypełniania misji. Ważne jest wobec tego, aby menadżerowie kultury zbudowali dla swojej instytucji plan działań marketingowych, jak dzieje się to w firmach nastawionych na zysk, który będzie nierozerwalnie związany z misją instytucji.

W przeciwieństwie jednak do kierowników przedsiębiorstw prywatnych zarządzający publicznym sektorem kultury nie powinni poddać się pogoni za wszelkim zyskiem. Powinni oni dążyć do sytuacji, w której wszystkie działania generujące zysk będą jednocześnie realizacją statutowych zadań placówki, a czasami nawet wyjściem po za te założenia, w celu szerszego realizowania swojej misji społecznej. Na przykład jeżeli muzeum, którego celem jest przekazywanie społeczności wiedzy o historii, tradycji i kulturze danego miasta, chce dodatkowo zarabiać na działalności gastronomicznej, niech taką działalność wprowadzi opierając się na własnych produktach spożywczych, nawiązujących do kuchni mieszczańskiej. Takie efektywne i społecznie odpowiedzialne rozwijanie funkcji generujących dochód wymaga jednak zastosowania metod aktywnej przedsiębiorczości, a wiele przypadkach, także zmianę mentalności kadry kierowniczej w publicznym sektorze kultury [Tamże, s. 51].

Płynący z powyższych rozważań wniosek można ująć słowami, że przemyślana oraz odpowiedzialna komercjalizacja usług i dóbr kultury, która uwzględnia specyfikę kontekstu społeczno-kulturowego i finansowo-prawnego, może pozytywnie wpłynąć na realizację misji społecznej w danej instytucji, a nawet wyzwolić dodatkowy potencjał, który będzie sprzyjał organizowaniu społecznie odpowiedzialnych przedsięwzięć.


Bibliografia:
- Hagoort G., Przedsiębiorczość w kulturze : wprowadzenie do zagadnień zarządzania w kulturze, Kraków 1996.

- Mazurek-Łopacińska K. red., Kultura polska a Unia Europejska : problemy, wyzwania, nadzieje, Wrocław 1998.

- Przybylska J., Finansowanie działalności kulturalnej w Polsce, Poznań 2007.



Autor:
Andrzej Iwo Szoka
- Doktorant na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego
- Student Zarządzania Kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim.
W sumie: 12 «12»
« Maj 2012 »
PnWtŚrCzPtSbNd
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

Rozmawiać o designie - dlaczego nie?


10.05.2010
Kwestia przestrzeni publicznej - czy istnieje czy nie istnieje? - wciąż jest jednym z bardzo popularnych tematów dyskusji o przestrzeni miejskiej.
więcej »
10.05.2010
Czy ulica Słoneczna różni się Cmentarnej? Ulica Komarowa od Wołoskiej? Czy przemianowanie Ronda Babka na Rondo Radosława ma znaczenie? Czy obchodzi nas, że w centrum Warszawy jest rondo Dmowskiego, skoro i tak zwyczajowo wszyscy spotykają się "pod Rotundą"? Czy znaki poziomie i pionowe, które codziennie mijają niosą ze sobą jakieś znaczenie?
więcej »
26.04.2010
ZASP zbiera podpisy pod apelem w sprawie wstrzymania prac nad poprawkami do uchwały „o zmianie ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej i innych ustaw dotyczących zmian prawa kultury".
więcej »
26.04.2010
Wygląda na to, że sytuacja niezależnych grup artystycznych w naszym kraju jest dość opłakana. W niskich budżetach miast (w tym również Warszawy) przewidziano dla nich nadzwyczaj niskie dotacje.
więcej »
26.04.2010
Natura zwykle jest inspiracją dla sztuki i architektury, znacznie rzadziej projekty artystyczne uwzględniają rośliny i zwierzęta jako potencjalnych użytkowników. Zdarzają się jednak nieliczne, ale wyjątki.
więcej »
01.04.2010
The Association for Cultural Economics International organizuje w czerwcu w Kopenhadze 16. Międzynarodową Konferencję Ekonomika Kultury.
więcej »

Paweł Szlachta

Absolwent Zarządzania Kulturą i Amerykanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prezes Zarządu Fundacji ”Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego INRET”.
Bibliografia i ciekawe linki do dyskusji.
Partner technologiczny
Orange
Partnerzy
Województwo Małopolskie Urząd Miasta Krakowa
Współorganizatorzy
Uniwersytet Krakowskie
Organizator
NCK
Pod patronatem
Ministerstwo
Partnerzy medialni
Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo