Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą politykę.

[ Zamknij ]
Gdzie jest miejsce na lokalne historie?

Od 8 do 13 września za pomocą projektu BYOS można było włączyć się w tworzenie lokalnej historii Warszawy i wlączyć swoje subiektywne przeżycia do historii miasta. Jakie znaczenie może mieć upublicznienie i włączenie intymnych wspomnień w tkankę miasta? Czy sprawia, że miasto staje się mniej anonimowe czy jest tylko niepotrzebnym naddatkiem?

W sumie: 6  

jerbel jerbel
(moderator)

28.09.09, 20:30

Olga Szczepańska, Malwina Konopacka: Bring Your Own Story
BYOS - Bring Your Own Story (po polsku: przynieś swoją własną historię) jest rozwinięciem
popularnego angielskiego sformułowania "Bring your own..." (np. Bring your own stereo,
bring your own bottle, bring your own music). Stosuje się je przy zaproszeniach na rozmaite
imprezy. Oznacza to, że należy wziąć swoją muzykę, napoje itp. i wskazuje od razu na
charakter wydarzenia: wymaga ono naszego aktywnego współtworzenia i osobistego
wkładu. To jak wydarzenie się uda, zależy od nas - mamy na nie wpływ.

Dlatego właśnie BYOS to nazwa naszego projektu. BYOS działa na dwóch płaszczyznach:
w rzeczywistości realnej (tabliczki) i internetowej (portal BYOStory.com). Zasadniczymi
owocami projektu są tabliczki ze wspomnieniami wiszące w przestrzeni miejskiej oraz
archiwum prywatnej historii miasta przechowywane w Internecie.

Warszawiacy mają wpływ na oblicze swojego miasta. W mieście takim jak Warszawa,
które jest świadkiem nieskończonej ilości zdarzeń, nieznaczące historie przeplatają się z
takimi, które zmieniają bieg świata. Kto decyduje o ich ważności? Jakie historie
rzeczywiście są istotne w naszym życiu? Odpowiedź na to pytanie prowadzi do pytania
podstawowego: do kogo należy miasto? W obywatelskim rozumieniu przestrzeni miejskiej
odpowiedź ta jest oczywista: miasto należy do jego mieszkańców. Jednak chodząc ulicami
można odnieść wrażenie, że przestrzeń publiczna nie należy do nikogo. Jest anonimowa,
w najlepszym razie neutralna. Przechodzimy po mieście obojętnie lub tak, jakbyśmy
przemykali po cudzej posesji. Warszawa to miasto ukochane ale i odrzucane. To
umęczone wojenną zawieruchą miasto w dużej mierze pozbawione zostało miejsc
łączących tkankę miejską z intymnymi losami jego mieszkańców. To miasto naznaczone
szczególnie tragiczną mapą poświęceń, czynów heroicznych czy brutalnych upokorzeń.
Przez niemal pięćdziesiąt lat komunizmu wszystko co było prywatne stawało się
państwowe, wszystko co było państwowe stawało się niczyje. Wywłaszczanie, oprócz
odebrania praw, oznaczało utratę tożsamości i identyfikacji.
"Tu 4 maja 1989 poznałem moją ukochaną żonę Kasię ", "W tym domu mieszkała moja
najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa", "Na tej ławce siadałam z moim dziadkiem na
wiosnę", "Pod tym drzewem pierwszy raz się całowałam", "Tutaj mój pies Gapsi wykopał
złoty pierścionek", "W tym kiosku przez czterdzieści lat kupowałem gazety"

Warszawa pełna jest osobistych historii. Każdy z nas nosi w sobie dziesiątki podobnych
przeżyć za każdym rogiem, na każdym skwerze.

Cele projektu BYOStory:

POPRAWA RELACJI MIASTO - MIESZKANIEC

Budowanie poczucia odpowiedzialności za przestrzeń, w której się żyje. Dzięki
zaznaczeniu swojej obecności w mieście wzmacnia się więź między mieszkańcem a
miastem. Gdy czujemy, że jest ono nasze, czujemy się za nie także współodpowiedzialni.
Pozostawianie własnej historii to sposób, aby przywrócić mieszkańcom osobistą więź z
miejską przestrzenią i, bazując na idei obywatelskiej, skłonić ich do odnowienia i
pogłębienia relacji z otaczającą rzeczywistością. Miejsca, gdzie zostały umieszczone
tabliczki BYOStory są ważne dla mieszkańców.

WZMOCNIENIE WIĘZI MIĘDZY MIESZKAŃCAMI

Poznając historie innych osób mamy okazję przekonać się jak bardzo inni są do nas
podobni. Odkrywając, że inne, nieznane nam osoby, mają podobne przeżycia do naszych
robimy krok w walce z ksenofobią. Podobnie jak mury mijane codziennie mogą nam się
jawić jako świadkowie wzruszających zdarzeń, tak i ludzie których nie zauważyliśmy stają
się podobni do nas.

DEMOKRATYZACJA PRZESTRZENI MIEJSKIEJ

W projekcie chcemy zaznaczyć w tkance miejskiej prywatną historię jego mieszkańców i
upamiętnić ważne dla nich chwile tabliczkami. Będą to fakty z życia istniejących ludzi. Z
perspektywy zwykłego człowieka często wydarzenia błahe mogą znaczyć tyle samo, lub
nawet więcej, niż przełomowe momenty w historii. Obecność prywatnego życia w
przestrzeni miejskiej daje nowe spojrzenie na relację publiczne - prywatne, uzmysławia, że
przestrzeń publiczna może być jednocześnie miejscem osobistym, należącym do każdego
z nas.




Malwina Konopacka (1982) – ukończyła Wzornictwo Przemysłowe na ASP w Warszawie, studiowała historię sztuki na UW, oraz ilustracje i projektowanie graficzne na UdK w Berlinie. Jest współautorką BYOStory, Moma na placu na Rozdrożu. Obecnie zajmuje się ilustracją i grafiką oraz projektowaniem.

Olga Szczepańska (1983) – studiowała Wzornictwo Przemysłowe na ASP w Warszawie i w Escola Superior de Artes e Design w Porto w Portugalii. Jest współautorką BYOStory, Lampo, Moma na placu na Rozdrożu. Obecnie pracuje jako grafik.

jerbel jerbel
(moderator)

30.09.09, 05:30

Katarzyna Kazimierowska: Warszawa jako zbiór mikroświatów
Za banał można uznać stwierdzenie, że Warszawa nie jest jednym, spójnym miejskim organizmem, a raczej archipelagiem wysp - przynależących do siebie różnych światów. Stąd też modne ostatnio określenie: patriotyzm lokalny, nie odnosi się do miasta jako całości, ale do jego elementów składowych: dzielnic, osiedli, kwartałów ulic. Zdecydowanie większe znaczenie ma stwierdzenie: jestem z Żoliborza czy Ochoty, niż „jestem z Warszawy”. Nawet, jeśli czujemy się warszawiakami, to zdecydowanie przynależność do dzielnicy czy jej fragmentu jest ważniejsza, niż przynależność do stolicy. Dlatego strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o projekty animacyjne, które na celu mają zaangażowanie mieszkańców, są nie akcje ogólnomiejskie, ale te dziejące się lokalnie, w małych dzielnicowych czy osiedlowych społecznościach.

Zaletę lokalności docenia Stowarzyszenie „Saska”, działające na Saskiej Kępie. Zrealizowany przez to grono lokalnych fascynatów projekt „Saski Meksyk” okazał się idealną odpowiedzią na potrzeby integracji czy zwiększenia aktywności wśród mieszkańców tego „miasta w mieście”, jak mówi się o Saskiej Kępie. Odwoływał się do tego, co znajome, bliskie i cenne na, przywoływał wspomnienia, zarazem włączając do akcji mieszkańców w każdym wieku. Jedną z realizowanych w ramach projektu akcji był „Tour de Saska”, czyli spacer szlakiem wybranych punktów. W przeciwieństwie do BYOS, celem tej akcji nie było oddanie kreatywności w ręce mieszkańców, raczej namówienie ich by zgodzili się na spacer po z góry wybranych/narzuconych punktach w przestrzeni. Od nich tylko zależało ile i jakie miejsca zobaczą. Odwiedzający park Skaryszewski dostawali zdjęcie pewnego miejsca na Saskiej Kępie oraz mapę pozwalającą je odnaleźć. Zdjęcia były nieoczywiste, dopiero na miejscu, porównując fotografię ze stanem rzeczywistym, pozwalały połączyć szczegół z ogólnym obrazem, jaki mijamy codziennie, przechodząc, a na jaki nie zwracamy uwagi. Na miejscu czekała kolejna fotografia wraz z mapą – zaproszenie do kontynuowania spaceru.

Z jednej strony jest to prosta zabawa w poszukiwacza przygód, z drugiej jednak – ciekawy zabieg. Pokazuje, że wcale tak dobrze nie znamy miejsca, w którym mieszkamy, nie wiemy o nim wszystkiego, bo w codziennym pędzie nie zważamy na szczegóły i zapominamy o zachwycie nad z pozoru prostymi rzeczami. Magiczny spacer ze zdjęciem w ręku okazał się trochę pogonią za białym królikiem, jednocześnie pozwolił na spokojne kontemplowanie małych cudów własnej dzielnicy. Tour de Saska okazał się zaproszeniem do zabawy w antropologa codzienności, bez narzucania cudzych historii, bo spacerując po ukochanym mieście/dzielnicy/osiedlu/parku, historie tworzymy sami, gromadzimy własne opowieści, co z tego, że do szuflady.

Ekshibicjonizm, nawet anonimowy, zabiera intymną, choć wciąż publiczną przestrzeń innym. Dlatego bliższe mi są obrazy Tour de Saska, niż historie pt, tu całowałam się z Rysiem, bo, szczerze mówiąc, nic mnie to nie obchodzi, a Warszawa – przesiąknięta bólem, cierpieniem i miłosnymi wyznaniami, nie potrzebuje ekshibicjonizmu, raczej dyskrecji, a magia tego miasta polega na intymnym i samotnym odkrywaniu nieodkrytego, a nie na głośnym krzyczeniu: to moje!

Katarzyna Kazimierowska (1979) - sekretarz redakcji kwartalnika Res Publica Nowa, absolwentka politologii na UW i socjologii w IS UW.

jerbel jerbel
(moderator)

08.10.09, 07:28

Joanna Kusiak: Intymność bez prawa własności
Materia miasta jest dokumentem ciągłej katastrofy. Wbrew pozorom nie chodzi – nie tylko – o wojny i powstania, ale o szarą codzienność przemijania. Codziennie większością ulic przechodzi ktoś po raz ostatni, kino zamienia się w sklep a skwer w działkę budowlaną. Coś podu*ada, coś powstaje. Ludzie wyjeżdżają na zawsze albo kupują pierwszy bilet z dworca dokądś. Jeśliby dbać o precyzję, wszystkie zdjęcia Warszawy są w chwilę później zdjęciami miast nieistniejących lub przynajmniej niewiedzialnych. I co? Jak pamiętliwy Funes z opowiadania Borgesa miasto, tak jak człowiek, zwariowałoby, gdyby miało wszystko pamiętać. Takie miasto zostałoby w całości pokryte warstwami tabliczek, które wyszczególniałyby, kto i kiedy kupił (jaką?) gazetę lub całował (którą?) dziewczynę. Jasne, że projekt BYOStory nie ma na celu tego typu absolutyzacji, tabliczek będzie pewnie kilkadziesiąt, zawisną na parę miesięcy i pewnie znikną. Projekt, jak piszą autorki, ma na celu wspieranie przestrzeni publicznej. Czy aby na pewno?

Wydaje się, że pomysłodawczynie akcji, choć z pewnością motywowane najlepszymi intencjami, mylą pojęcia przestrzeni publicznej, prywatnej i niczyjej. Piszą, że „chodząc ulicami można odnieść wrażenie, że przestrzeń publiczna nie należy do nikogo. Jest anonimowa, w najlepszym razie neutralna”. To prawda - przestrzeń publiczna, o ile ma być publiczna, nie może w rzucający się w oczy sposób należeć do kogoś konkretnego. Słowo „publiczna“ odniesione do przestrzeni nie kryje za sobą żadnej konkretnej osoby, ale wspólnotę, która musi móc odnajdywać się w niej jako wieloraka całość. Przestrzeń publiczna nie przestanie być „niczyja” przez to, że zostanie przez kogoś podpisana. Z drugiej strony, pewnego rodzaju anonimowość i neutralność od zawsze należały do samej istoty metropolii, stanowiąc nie tylko jej wadę, ale i zaletę – brak kontroli społecznej, możliwość ukrycia swojej prywatności w tłumie.

Czynienie publicznego elementu ze ściśle niepublicznych historii z istoty swojej nie może się na większą skalę udać. Wystawianie tabliczek o czysto prywatnej treści jest raczej strategią prywatyzacji, niż upubliczniania przestrzeni. Inaczej mówiąc, przestrzeń rzeczywiście zaczyna wyglądać jak „czyjaś“ a nie „nasza“. I chociaż nie uważam projektu BYOStory za wyjątkowo szkodliwy – jest wręcz zabawny i w pewien sposób sympatyczny, o ile tabliczek nie będzie za wiele – za błędną i szkodliwą uważam jego podbudowę teoretyczną, która wydaje się raczej kompilacją modnych pojęć niż uważną refleksją nad ich treścią. „Dzięki zaznaczeniu swojej obecności w mieście wzmacnia się więź między mieszkańcem a miastem. Gdy czujemy, że jest ono nasze, czujemy się za nie także współodpowiedzialni.” – kto z nas czuje się współodpowiedzialny za schroniko na Kasprowym, w którym wyrył scyzorykiem swoje imię na wycieczce z podstawówki? Motywacje ludzi, które kierują tego typu działaniami mają – nie ukrywajmy – za wzór raczej Herostratesa niż Matkę Teresę (a choćby i zwykłego miejskiego aktywistę). W Łodzi turyści nieustannie biorą Pomnik Łodzian Przełomu Tysiąclecia (czyli promenadę z podpisanych imieniem i nazwiskiem kostek brukowych, sprzedawanych kilka lat temu po 80 złotych od kostki) za memoriał ofiar łódzkiego ghetta. Dbałość o przestrzeń publiczną wyraża się u niewielu właścicieli regularnym polerowaniem własnej kostki, sprawiającym, że własne nazwisko błyszczy wyraźniej. Pomnik ten upamiętnia jedynie ego kilkuset osób, które akurat miały owe 80 złotych do wydania (co w najbiedniejszym z polskich dużych miast jest mniej niż oczywiste). Czy cała reszta ma przez to do miasta bardziej osobisty stosunek?

Dalej, autorki projektu pisżą: „Poznając historie innych osób mamy okazję przekonać się jak bardzo inni są do nas podobni. Odkrywając, że inne, nieznane nam osoby, mają podobne przeżycia do naszych robimy krok w walce z ksenofobią”. Argument jest szarżą, której nie sposób brać poważnie (szczególnie wobec wyników badań socjologicznych, w świetle których ksenofobia jest w Polsce nadal poważnym problemem społecznym). Widząc przybitą na ławce tabliczkę głoszącą, że Janek całował się tu z Kasią, trudno mi wnioskować o własnym do Janka podobieństwie (ja się z Kasią nie całowałam ani tu, ani gdzie indziej). Co więcej, jeśli na tej właśnie ławce odebrałam telefon o śmierci bliskiej osoby, napis ten może mnie wręcz irytować. Przyjmując jednak nawet, że też z tą lub inną Kasią na tej ławce całowałam - dlaczego Janka pocałunek ważniejszy? Wreszcie sam Janek, który – bo o to przecież chodziło – przyszedł pokazać swoją tabliczkę na swojej ławce koledze ze Sztokholmu, czuje się poirytowany, że ja właśnie tutaj (na jego ławce!) siedzę i jego tabliczkę plecami zasłaniam. Jakich kroków dokonamy wspólnie z Jankiem w walce z ksenofobią, nie jest mi wiadome.

Słusznie piszą twórczynie projektu, że przestrzeń publiczna może być miejscem osobistym. Intymność jednak nie polega na własności. A też i cały urok miejskich historii – i cała ich melancholia – polega na tym, że w miejscach bez śladu rozgrywały się rzeczy najważniejsze. Dlatego, jeśli już, wolę półlegalne wycinane scyzorykiem serca niż eleganckie tabliczki wyprodukowane na zamówienie. Wolę, gdy mój starszy o półwieku przyjaciel mi opowie, że tutaj chodził we wtorki do kochanki, która była żoną kuśnierza (a teraz jest gabinet dentystyczny). Intymność wspomnienia i melancholia miejskiego przemijania wolą cichą tajemnicę niż kolorowe tabliczki. Jeśli w danym miejscu zdarzyło się dla nas coś naprawdę ważnego, mamy z tym miejscem szczególny związek nawet bez podpisywania go imieniem i nazwiskiem (żeby ktoś nie zabrał). Miasto to nie facebook i nie każdy musi mieć na widoku swój szczegółowy profil. Projekt BYOStory jest projektem artystycznym dotyczącym prywatności w mieście, ale nie jest projektem miejskim wspierającym przestrzeń publiczną. A budowanie poczucia więzi z miastem z istoty swojej polega na robieniu czegoś nie tylko dla siebie, a czasem wręcz anonimowo, jak grupa sadząca potajemnie kwiaty i drzewa na zaniedbanych skwerach. Nie dlatego, że to Warszawa niczyja, ale dlatego, że nasza.

Joanna Kusiak (1985) - doktorantka w Instytucie Socjologii UW, współtwórczyni Stowarzyszenia DuoPolis. Mieszka w Warszawie i Berlinie.

byostory byostory

15.10.09, 19:30

BYOStory Malwina Konopacka i Olga szczepańska
Niechętnie angażujemy się w teoretyczne dyskusje i spory na temat projektu Bring Your Own Story. Nie tylko dlatego, że od pierwszych miejskich realizacji mamy poczucie, że stojący za nim bardzo prosty pomysł nie wymaga potężnej teoretycznej nadbudowy. Nasza niechęć do uchwycenia i zamknięcia w teorii "głębszego sensu" tego projektu bierze się przede wszystkim z towarzyszącej mu od początku reakcji jego odbiorców i uczestników, które to - a nie, jak być może się wydaje, "założenia programowe" - nadają mu do tej pory dynamikę,

Czujemy jednak potrzebę obrony zainicjowanego przez nas projektu w obliczu niektórych krytycznych argumentów, jakie pojawiły się na tym forum. Przede wszystkim zainteresowanie BYOS jest oddolne, czy też właśnie, jak chce jedna z naszych krytyczek, lokalno-patriotyczne. To właśnie lokalne społeczności angażują się w umieszczanie tabliczek ze wspomnieniami w okolicach, które zamieszkują. Dlatego też prowadzimy kolejne akcje BYOStory w ramach wybranych dzielnic [Kreuzberg, Powiśle] lub nawet tylko ulic [Smolna, Hoża, Chmielna], a nie w trudnej do ogarnięcia skali milionowych metropolii.
Co więcej, sam mocno angażujący lokalne społeczności proces wyboru, uzgadaniania i wieszania tabliczek niesie ze sobą (jak pokazuje praktyka, a niekoniecznie teoria społeczna) dialog wspólnoty, dla której sceną jest przecież właśnie publiczna przestrzeń. Sam proces dialogu z lokalnymi społecznościami oraz poziom ich zaangażowania są dla nas kolejną przesłanką do tego, że tego typu projekty trafiają nawet nie tyle na podatny grunt, co w pewną konkretną przestrzenno-społeczną próżnię, na której zapełnieniu zależy przede wszystkim właśnie oddolnie organizującej się społeczności.

BYOStory nie ma też wcale na celu banalnej egzaltacjiPrzedstawiony przez nas opis projektu zawiera przykładowe wspomnienia, ale nie mniej często historie umieszczane przez nas w miejskiej przestrzeni miały nie tylko wartość historyczną (np. te dotyczące Powstania Warszawskiego), ale też uzupełniały administracyjnie w miejskiej przestrzeni uwidocznioną historię oficjalną, jak choćby wspomnienie na liceum Zamoyskiego, ul. Smolnej: "W roku 1947 chodziłem tu do szkoły i. Górskiego. Moi koledzy wymyślili żart: pytali sprzedawców gazet "Czy ma Pan głos ludu?" a gdy słyszeli "Tak", prosili: "To niech Pan zaśpiewa". Na prośbę ubecji wylecieli ze szkoły. Andrzej Blikle".

Widzimy też BYOStory w kontekście wszystkiego tego, co określa się dziś jako przestrzeń wizualną miasta, która nie pozostaje bez związku z jakością innej przestrzeni, którą z kolei nazywamy właśnie publiczną. Tabliczki ze wspomnieniami obywateli nie pojawiają się przecież w ambiwalentnym wielkomiejskim krajobrazie. Indywidualne wspomnienia, jak pokazuje nasze doświadczenie, rozbudzają dyskusję tych, którzy natrafią na nie w miejskiej tkance. Są raczej punktem wyjścia, który raczej pobudza do rozważań na własną przestrzenią intymności w wielkim, anonimowym miejskim krajobrazie, niż narzuca i kolonizuje ostatecznie sferę znaczeń najbliższego otoczenia niewielkiej kolorowej tabliczki. Wydaje się więc, że to, co projekt BYOS wnosi do lokalnej przestrzeni wspólnoty jeżeli idzie o jej demokratyczność, to pewna forma uprawomocnienia indywidualnych wspomnień w jej skomercjalizowanym i zdominowanym przez politykę historyczną krajobrazie.

BYOStory jest raczej pewną delikatną ingerencją w zmonopolizowaną przez administrację i komunikację marketingową przestrzeń wizualną miasta, niż nachalną promocją banalnego ekshibicjonizmu. Czerpiąc z dotychczasowych doświadczeń uważamy więc, że odpowiednio dawkowany ekshibicjonizm, chociażby taki pod postacią niewielkiej "wspomnieniowej" tabliczki, dodaje miejskiej przestrzeni wymiaru intymności, która, nawet jeżeli z definicji jest indywidualnym wyznaniem, to nie stanowi w żadnym razie formy absolutnej kolonizacji przestrzeni publicznej przez pozornie banalne wspomnienia. Jest raczej punktem wyjścia do refleksji nad własnymi wspomnieniami, czyni je bowiem w pewien sposób pełnoprawnymi uczestnikami większej miejskiej historii dowartościowując niejako historie życia członków lokalnej społeczności. Owszem, Warszawa potrzebuje dyskrecji, podobnie zresztą jak każdy wielkich miejski organizm. Ale w przesyconej komunikatami przestrzeni wizualnej tego miasta pojedyncze zawieczone w ramach projektu BYOS tabliczki nie mogą być zagrożeniem dla jej demokratyczności. Co więcej, nawet jeżeli gdzieniegdzie w Warszawie rzeczywiście mogłoby być nieco "spokojniej", to brak dialogu mieszkańców, ograniczone sąsiedzkie kontakty i nieistniejący small-talk najwyraźniej dzięki BYOS zyskują na znaczeniu, przyczyniając się do budowy dialogu społecznego

I nawet jeśli w perspektywie którejś z możliwych i znajdujących oparcie w teorii społecznej akademickich interpretacji pojęcia przestrzeni publicznej projekt BYOStory wcale jej nie wspiera, to najwyraźniej wspiera ją z innej perspektywy - perspektywy lokalnych społeczności.

jerbel jerbel
(moderator)

04.11.09, 11:03

Granice intymności
A gdzie są granice tego, co jest na tyle intymne, aby nie mogło się pojawiać w przestrzeni publicznej? Czy osadzenie prywatnych doświadczeń w kontekście historycznych wydarzeń zmienia nasz stosunek do nich? Np. jaka jest różnica między "Chodziłam tu randki" a "Chodziłam tu na randki. Trudno było mi wrócić do domu, bo mieszkałam daleko, a była to czas kiedy obowiązywała godzina policyjna."

jerbel jerbel
(moderator)

19.11.09, 18:44

Katarzyna Kazimierowska: Komentarz do komentarza komentarza
Nigdy nie chciałam stawiać się w roli krytyczki szlachetnej idei, którą w dodatku udało się zrealizować własnymi siłami i przy aprobacie i poparciu lokalnej, czy też po prostu miejskiej, społeczności. Dlatego zacznę może od tego, co nam Polakom najtrudniej przychodzi: od chwalenia.

Uświadomiłam sobie, że to co jest niezmiernie cenne w takich akcjach jak BYOStory to próba zachowania pamięci. I to nie tej pamięci zbiorowej, która bywa najbardziej dyskusyjna i najczęściej poddawana manipulacji, ale właśnie tej jednostkowej, indywidualnej, wyrażonej we wspomnieniach najprostszych historii, których każdy z nas ma w sobie bez liku. Te krótkie, ale konkretne zdania to jest prawda o nas samych, która nie musi ulegać powszechnemu "apdejtowaniu", zmianie zależnej od widzimisię kolejnych kadencyjnych urzędników czy sezonowych aktywistów. Najlepsze w tym projekcie jest to, że nikt nie zerwie takiej tabliczki z osobistą historią, krzycząc: tak nie było! (chyba, że jakaś nieszczęśliwa ukochana, której duma została zraniona a jej własne wspomnienia różnią się od tych przedstawionych).

Ale dość tego dobrego, najgorszy krytyk to krytyk z ambicjami (patrz ziejący żółcią krytycy teatralni), więc takim na chwilę się stanę. Jako zwolenniczka konfrontacji face to face i bezpośredniej wymiany zdań, krótko ale konkretnie, raz jeszcze odniosę się krytycznie do BYOStory. Wieszanie tabliczek z cudzymi wspomnieniami tylko z pozoru nosi cechy interaktywności i pozornie sprzyja lepszemu zadomowieniu się czy emocjonalnemu zbliżeniu z miejscem, z miastem.

Po pierwsze, historie na tabliczkach (choć, jak pisałam, ich zaletą jest to, że nie mogą ulec zmianie), są już mocno przebrzmiałymi opowieściami: wczoraj były dla nas ważne, dziś już nie mają znaczenia. Nie każdy lubi opowieści o duchach i ludziach, którzy są już bardziej cieniami niż postaciami z krwi i kości, a z czasem historie blakną szybciej od druku w książkach. Jaką wartość niosą ze sobą przebrzmiałe opowieści? Ile razy można spoglądać za siebie i uśmiechać się do swoich wspomnień? Ile razy, te same wspomnienia, wciąż powtarzane, zaczynają zmieniać barwy?

Po drugie, takie tabliczki ze wspomnieniami kojarzą mi się z jedną fajną i jedną niefajną rzeczą. Z jednej strony przypominają mi wpisy ze złotymi myślami do pamiętników, jakie kiedyś nosiło sie ze sobą do podstawówki. Gdy chciałeś się z kimś zaprzyjaźnić lub scementować przyjaźń już istniejącą, podsuwałeś pamiętnik, prosząc o wiekopomny wpis. Tu jest podobnie, chcemy zaprzyjaźnić się z miastem, z jego zimnymi murami, więc wpisujemy mu się na ścianie. Ale podczas gdy taki szkolny pamiętnik wymagał pewnej interakcji i wzajemności, tak, wpisywanie się miastu jest trochę działaniem jednostronnym. Przeczytają to inni, ktoś się zaśmieje, a dla wpisującego się cała sprawa nabierze znaczenia o tyle, o ile punkt jego widzenia zależy od punktu siedzenia.

Ta niefajna rzecz, to oczywiście facebook. I tu znowu wracam d ekshibicjonizmu. Ileż to wpisów dziennie pod tytułem: o czym teraz myślisz, czytamy na najpopularniejszym portalu społecznościowym w Polsce? Mamy tu wiecznione w internecie wspomnienia ostatniej nocy, wylewane żale, łzy z jednej, wybuchy śmiechu z drugiej strony. Wpis na facebookowej tablicy pojawia się i znika, jego żywotność trwa tyle na ile jej pozwolimy. Są tam słowa mądre i głupie. Oczywiście, słowa na tabliczkach miejskich głupie nie są, a ich żywotność jest zdecydowanie dłuższa, ale czy ich wartość jest przez to większa niż tych drobnych wpisów na facebooku? Na tabliczce znajdziemy zapisy odnoszące się do historii, to prawda. Ale za 10 lat wpisy na facebooku, które też w jakiś sposób relacjonują nasze historie, także okażą się historyczne i będą nieocenionym źródłem badań socjologicznych, o ile już nie są. A jakże barwnym!

Po trzecie: Warszawa dla mnie jest miastem niezwykle intymnym, jest jak kobieta, która za dnia chowa się za ekranem laptopa, wieczorem kupczy emocjami i własnym ciałem: na randce, w łóżku z nieznajomym, na kawie z lubieżnym szefem, a w nocy płacze w poduszkę z bólu od niewypowiedzianych słów i niespełnionych marzeń. Jest ekshibicjonistką, ale tylko na tyle na ile sobie pozwala, ale zna granice swojej prywatności. Czy żyje swoją przeszłością? Nie wiem, pewne jest jednak, że to my nią żyjemy. A Warszawa powoli zwraca się w stronę Wisły, jakby w stronę nowych kart i przyszłości. Może czas dać naszemu miastu szansę i, pamiętając o przeszłości: tej słodkiej i tej bolesnej, iść do przodu? Może, zamiast projektu BYOStory, przydałby się Bring Your Own Future, Imagine Yourself? W końcu Warszawa jest miastem, do którego codziennie przyjeżdżają nowi warszawiacy, by tu realizować swoje marzenia, by żyć swoim życiem? Pokazując i hołubiąc naszą przeszłość odwracamy się do nich plecami. Oni nie mają jeszcze co napisać na tabliczkach, a na pewno chcieliby wziąć udział w intymnym tworzeniu historii Warszawy, chcą by stała się ona także ich miastem. Pozwólmy im i sobie na to.
W sumie: 6  
« Listopad 2019 »
PnWtŚrCzPtSbNd
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
10.05.2010
Kwestia przestrzeni publicznej - czy istnieje czy nie istnieje? - wciąż jest jednym z bardzo popularnych tematów dyskusji o przestrzeni miejskiej.
więcej »
10.05.2010
Czy ulica Słoneczna różni się Cmentarnej? Ulica Komarowa od Wołoskiej? Czy przemianowanie Ronda Babka na Rondo Radosława ma znaczenie? Czy obchodzi nas, że w centrum Warszawy jest rondo Dmowskiego, skoro i tak zwyczajowo wszyscy spotykają się "pod Rotundą"? Czy znaki poziomie i pionowe, które codziennie mijają niosą ze sobą jakieś znaczenie?
więcej »
26.04.2010
ZASP zbiera podpisy pod apelem w sprawie wstrzymania prac nad poprawkami do uchwały „o zmianie ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej i innych ustaw dotyczących zmian prawa kultury".
więcej »
26.04.2010
Wygląda na to, że sytuacja niezależnych grup artystycznych w naszym kraju jest dość opłakana. W niskich budżetach miast (w tym również Warszawy) przewidziano dla nich nadzwyczaj niskie dotacje.
więcej »
26.04.2010
Natura zwykle jest inspiracją dla sztuki i architektury, znacznie rzadziej projekty artystyczne uwzględniają rośliny i zwierzęta jako potencjalnych użytkowników. Zdarzają się jednak nieliczne, ale wyjątki.
więcej »
01.04.2010
The Association for Cultural Economics International organizuje w czerwcu w Kopenhadze 16. Międzynarodową Konferencję Ekonomika Kultury.
więcej »

Joanna Erbel

Feministka, socjolożka, fotografka, aktywistka.
Bibliografia i ciekawe linki do dyskusji
Partner technologiczny
Orange
Partnerzy
Województwo Małopolskie Urząd Miasta Krakowa
Współorganizatorzy
Uniwersytet Krakowskie
Organizator
NCK
Pod patronatem
Ministerstwo
Partnerzy medialni
Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo