Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą politykę.

[ Zamknij ]

Analiza

2.5. Media publiczne kontra media prywatne: kłopoty z legislacją

Rządowe prace nad nowelizacją Ustawy o radiofonii i telewizji z 1992 r. rozpoczęły się w styczniu 2002 r., jednak wstępny projekt zmian powstał już wcześniej, a przygotował go zespół ekspertów powołanych w maju 2001 r. przez Juliusza Brauna, ówczesnego przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Działanie owego zespołu należy oczywiście uznać za nieoficjalne w tym sensie, że KRRiT nie była uprawniona do rozpoczęcia prac legislacyjnych. Wypracowane tu pomysły zostały jednak przekazane Radzie Ministrów i stanowiły de facto podstawę dalszych prac nad nowelizacją. To właśnie na tym etapie stawiano pytania na temat koncentracji rynku medialnego i udzielano pierwszych odpowiedzi: czym ona jest, czy stanowi zagrożenie, czy i jak można jej przeciwdziałać oraz kto powinien to kontrolować.

Dyskusje obejmowały cztery główne obszary:
1. rozszerzenie kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji;
2. wzmocnienie pozycji telewizji publicznej na rynku mediów oraz możliwość prywatyzacji części (pojawiały się propozycje stworzenia możliwości sprywatyzowania TVP2 lub lokalnych ośrodków TVP);
3. wprowadzenie ograniczeń dla nadawców radiowych: właściciel ogólnokrajowej rozgłośni mógłby kupić kolejną tylko w mieście poniżej 100 tys. mieszkańców, a ponadto jeden właściciel mógłby w jednym mieście mieć tylko jedną lub dwie rozgłośnie (w zależności od wielkości miasta);
4. wprowadzenie tzw. zakazu krossowania: właściciel ogólnopolskiego dziennika nie mógłby nabyć ogólnopolskiej telewizji (już na etapie prac rządowych postanowiono objąć tym zakazem także wydawców czasopism, później jednak zmieniono zdanie 34).

Już na początku lutego 2002 r. do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Leszka Millera wpłynął list protestacyjny od przedstawicieli komercyjnych nadawców, którzy proponowane zapisy uważali za krzywdzące. Na przykład propozycje ograniczeń dla nadawców radiowych dla części z nich oznaczały nie tylko zablokowanie możliwości rozwoju, ale nawet konieczność rezygnacji z niektórych posiadanych już stacji. Swoje krytyczne uwagi dotyczące przepisów antykoncentracyjnych w proponowanym kształcie przekazał rządowi także prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. W tym czasie zaczęły się również pojawiać słowa krytyki pod adresem polskiego rządu ze strony mediów zachodnioeuropejskich.

Wobec coraz liczniejszych głosów sprzeciwu rząd rozpoczął prace nad autopoprawką, zmierzające do złagodzenia przepisów koncentracyjnych. Pojawiła się propozycja, by zakazem posiadania ogólnopolskiej telewizji objąć wydawców dysponujących ponad 20% udziału na rynku prasy. Taka propozycja nie była oczywiście satysfakcjonująca dla Agory, która taki próg przekraczała. Właśnie w takim momencie procesu legislacyjnego Lew Rywin, ówczesny prezes rady nadzorczej Canal+ i właściciel Heritage Films, po raz pierwszy przedstawił swoją ofertę Wandzie Rapaczyńskiej (prezes Agory).

W konsekwencji tzw. afery Rywina lewica zaprzestała prac nad nowelizacją ustawy i ta sytuacja trwała aż do zwycięstwa wyborczego PO w 2007 r.

Platforma Obywatelska w swoim programie wyborczym podkreślała konieczność rozległej reformy mediów publicznych i zaraz po sformowaniu rządu przystąpiła do działania. Rozpoczęto od tzw. małej ustawy medialnej, zmieniającej sposób wyboru władz mediów publicznych oraz regulatora rynku medialnego. 25 kwietnia 2008 r. uchwalono nową ustawę medialną, z uwzględnieniem senackich poprawek, w maju prezydent odmówił podpisu, a 25 lipca miało miejsce głosowanie w sprawie odrzucenia prezydenckiego weta, które zakończyło się niepowodzeniem dla PO. Kluczowe dla tej kwestii stało się poparcie weta prezydenta przez posłów lewicy. Komentatorzy zwracali uwagę, że mamy do czynienia z propozycją cząstkową i niejasną (oczekiwano „dużej ustawy”), wielu posunęło się do określenia jej jako bubla prawnego.

Ministerstwo Kultury stworzyło zespół zajmujący się przygotowaniem projektu tzw. dużej ustawy medialnej, w której znalazły się między innymi zapisy dotyczące źródeł finansowania mediów publicznych oraz ich misji.

Po nieudanej obronie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji (zmieniającej zasady wyboru członków KRRiT, rad nadzorczych i zarządów mediów publicznych – w maju weto prezydenta, głosowanie w Sejmie w lipcu 2008 r.) powstał zespół powołany przez ministra kultury, który zaproponował:
– likwidację abonamentu (z kolei ta nowelizacja ustawy została skierowana przez prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego),
– zasilanie mediów publicznych z budżetu państwa (z VAT należnego od firm medialnych) lub z akcyzy za energię elektryczną,
– brak zmian w ograniczeniu liczby reklam,
– powołanie Funduszu Mediów Publicznych,
– licencje programowe określające konkretne ilości konkretnych programów o określonych parametrach „misyjnych”,
– stworzenie spółki Polskie Media Regionalne złożonej z dotychczasowych oddziałów regionalnych TVP i jednocześnie scalenie dotychczas autonomicznych regionalnych spółek Polskiego Radia,
– podział anten w następujący sposób: Jedynka otrzymałaby licencję na publicystykę, informację, dokument, reportaż, programy dla dzieci. Dwójka zaś prezentowałaby audycje z zakresu kultury wysokiej i popularnej.

Jedną z ważnych kwestii tej dyskusji stała się sprawa finansowania mediów publicznych. Pierwotnie PO zapowiadała całkowitą likwidację abonamentu. W przyszłości nadawcy publiczni mieliby być finansowani z wpływów z reklam oraz z budżetu. Z czasem rządząca partia zmieniła zdanie, proponując na razie zniesienie obowiązku płacenia abonamentu przez emerytów i rencistów. Żadna z propozycji nie została zaakceptowana przez opozycję – także przez lewicę, na której poparcie twórcy nowelizacji szczególnie liczyli.

W Polsce przyjęto w tym zakresie rozwiązanie, które sprawdza się w wielu krajach europejskich, tj. dwa źródła finansowania (abonament oraz wpływy z reklam). Niestety, wpływy z abonamentu stanowią tylko niewielką część budżetu publicznego nadawcy. Pojawiają się wobec tego głosy-„wymówki”, że publicznego nadawcy po prostu nie stać na realizowanie misji (słynna maksyma Kwiatkowskiego: „tyle misji, ile abonamentu”). Niezbędne wydaje się wprowadzenie nowych regulacji prawnych – takich, które przy utrzymaniu mieszanego źródła finansowania, doprowadziłyby jednocześnie do sytuacji, że większość środków pochodzi ze źródeł niekomercyjnych. Trzeba oczywiście usprawnić procedurę poboru abonamentu. Po raz kolejny pojawiają się pomysły wprowadzenia metody „odwróconego domniemania” (to abonent musiałby udowodnić, że nie ma możliwości odbioru programów).

Większe wpływy z abonamentu pozwoliłyby na wprowadzenie ograniczeń dotyczących liczby reklam emitowanych przez publicznego nadawcę. Następnie można by powołać Fundusz Radiowo-Telewizyjny, zasilany z tzw. opłat kompensacyjnych od nadawców komercyjnych. W tym kontekście pojawiają się też propozycje, by podatkiem od reklam obciążyć zarówno media prywatne, jak i publiczne (te ostatnie byłyby więc zarówno beneficjentami, jak i płatnikami) – takie rozwiązanie zniechęcałoby publicznego nadawcę do rozszerzania wpływów z reklam.

Inna sporna kwestia ustawy dotyczyła sprawy obsadzania władz mediów. Zgodnie z obowiązującą ustawą członków rad nadzorczych powołuje KRRiT. W pierwszym projekcie nowelizacji przygotowanym przez PO widniał zapis, z którego wynikało, iż członkiem władz mediów publicznych mogłaby zostać osoba, która wygrałaby konkurs zorganizowany przez KRRiT w porozumieniu z ministrem skarbu. Tak wyłonionych kandydatów powoływałby Minister Skarbu Państwa, który miałby też możliwość odwołania ich przed końcem kadencji z ważnych powodów. Wprawdzie przed podjęciem takiej decyzji minister musiałby ją skonsultować z Radą, jednak jej opinia nie byłaby dla niego zobowiązująca. KRRiT stałaby się więc w tym względzie instytucją opiniującą, a nie decyzyjną. Taką propozycję ostro skrytykowała opozycja (zwłaszcza posłowie PiS, którzy twierdzili, że będzie to właśnie oznaczało upolitycznienie mediów) oraz niezależni eksperci i przedstawiciele mediów. PO zaproponowała zmianę kontrowersyjnego zapisu – zamiast ministra o powoływaniu i odwoływaniu członków władz TVP i Polskiego Radia decydowałaby KRRiT na mocy uchwały. Jednak 25 kwietnia 2008 r. w czasie głosowania nad senackimi poprawkami, Sejm przyjął ostatecznie pierwszą propozycję, według której minister skarbu miałby prawo do odwołania członków zarządu w trzech przypadkach: zaistnienia okoliczności trwale uniemożliwiającej sprawowanie funkcji, działania na szkodę spółki potwierdzonego audytem i naruszenia przepisów o ograniczeniu działalności gospodarczej przez osoby publiczne.

Choć wiele kompetencji KRRiT miałby przejąć Urząd Komunikacji Elektronicznej (np. prawo przyznawania koncesji), to jednocześnie wzmocnieniu uległyby funkcje kontrolne Rady, na wzór uprawnień, które ma Najwyższa Izba Kontroli czy Rzecznik Praw Obywatelskich. KRRiT mogłaby zawiadamiać określone organy kontrolne, także prokuraturę, o przypadkach łamania prawa do wolności słowa i prawa do informacji.

Wydaje się, że poruszane w trakcie tych dyskusji problemy mediów są albo pozorne, albo trzeciorzędne. Dyskusja jest chaotyczna i nie widać instytucji, która byłaby zdolna organizować ją oraz wyciągać wnioski z poszczególnych jej etapów. Do rangi tematu podstawowego wyrosła kwestia sposobu ściągania abonamentu, gdy tymczasem nie określono kwestii ważniejszych: miejsca mediów w szeroko pojętej edukacji oraz sposobów wypełniania ich informacyjnych i rozrywkowych funkcji. Wydaje się, że zespoły mają opracować zasady szczegółowe w sytuacji, gdy nie określono priorytetów i społecznych celów mediów. Nie określono – mówiąc w skrócie – czy Polska potrzebuje mediów publicznych; jeśli tak – to jaka ma być ich rola; jeśli nie – to kto i w jakim zakresie powinien pełnić dotychczasowe ich funkcje. Wydaje się, że polskie spojrzenie na te zagadnienia ciągle pozostaje pod wpływem interesów partyjnych, a nie państwowych czy obywatelskich.

Tymczasem należy potraktować media elektroniczne jako główny pas transmisyjny kultury, jako narzędzie kumulacji dziedzictwa narodowego, kultury wyższej, kultury-do-przekazania. Takie przekonanie powinno być wyraźnie i precyzyjnie oznajmione.

Co więcej: media nie tylko transmitują – one tworzą. Twórcami są ich użytkownicy: głosujący SMS-ami telewidzowie; autorzy filmików komórkowych, blogerzy oraz forumowicze internetowi, testujący i tworzący nowe reguły polszczyzny. Oni chcą mieć swoich mistrzów i własne audytorium, a obowiązkiem państwa i społeczeństwa jest im pomóc. Jeśli w dodatku potraktować media jako podstawowe źródło poznania rzeczywistości i sposobów jej obłaskawiania, czyli także edukacji – to należy bardzo wyraźnie stwierdzić o tym w ustawie. A przede wszystkim zmusić wiele instytucji edukacyjnych do współpracy z mediami oraz edukować w zakresie krytycznego odbioru mediów. Należy zastanowić się, czy zamiast obowiązku „respektowania” przez media tradycyjnych polskich wartości nie powinny one zostać zdefiniowane jako podstawowe miejsce ich poznawania oraz dyskusji nad modyfikacjami wartości dotychczasowych i narodzin nowych.

Ustawa ma określać warunki dla internetowo-cyfrowego „producenta” kultury popularnej (jakim jest wielu z nas), a nie dla sfrustrowanego członka elit, który nie ogląda telewizji, trochę słucha radia i nawet nie spogląda na monitor przez ramię zafascynowanego użytkownika mediów.

Jeśli niewiele zmieni się i ten stan się utrzyma, to będziemy mieli do czynienia z bardzo poważnym kryzysem demokracji współtworzonej przez media. Brak zgody sił politycznych co do kierunków i zakresu funkcjonowania mediów (głównie publicznych) będzie świadczyć o rezygnacji z ich „oświeceniowego” i kontrolnego charakteru.

Kłopot w tym, że społeczne oczekiwania wobec ustawy są zarazem zbyt rygorystyczne i maksymalne, jak i zbyt minimalistyczne. Co gorsza: obydwa te zamiary często formułowane są w tym samym czasie i przez te same podmioty. A więc: z jednej strony – chcemy, żeby ustawa przemieniła konsumpcjonistycznych oglądaczy i słuchaczy w doskonalsze byty, marzące o zanurzeniu się w misyjnym błogostanie. Nadmiarowi roszczeń pod adresem ustawy towarzyszy – z drugiej strony – wysoce pragmatyczny technokratyzm, którego skutkiem jest wiara w stworzenie superprecyzyjnych reguł.

poprzednia strona

.......................................................................
34 Słynne słowa „lub czasopisma”, które pojawiały się i znikały z projektu zmian w Ustawie.

« Marzec 2017 »
PnWtŚrCzPtSbNd
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31

Kultura w internecie


Miejskie powidoki


Partner technologiczny
Orange
Partnerzy
Województwo Małopolskie Urząd Miasta Krakowa
Współorganizatorzy
Uniwersytet Krakowskie
Organizator
NCK
Pod patronatem
Ministerstwo
Partnerzy medialni
Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo