Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą politykę.

[ Zamknij ]

Wstęp – o przyjętej koncepcji kultury w kulturoznawczej perspektywie badawczej (Barbara Fatyga, Wojciech J. Burszta)

1. Wstęp – o przyjętej koncepcji kultury w kulturoznawczej perspektywie badawczej (Barbara Fatyga, Wojciech J. Burszta)

Raport ten zawiera wyniki badań empirycznych, przeprowadzonych pod kierunkiem Wojciecha Burszty, przez interdyscyplinarny zespół badawczy z kilku ośrodków akademickich i jednej biblioteki w Polsce, na zlecenie Narodowego Centrum Kultury. Całe to złożone, kilkumodułowe przedsięwzięcie badawcze zostało zrealizowane między majem a grudniem 2008 r.1

Przedstawiany tu projekt badawczy jest nietypowy pod kilkoma względami, które warto wymienić.

Po pierwsze, próbujemy nawiązać do tradycji badań kultury w naszym kraju – bogatej, ale w okresie tzw. transformacji ustrojowej w zasadzie zerwanej. (Nie bez kozery autorzy odnoszą się bądź bezpośrednio, bądź pośrednio do modelu badania kultury Antoniny Kłoskowskiej i jej uczniów). Z drugiej strony jednak można by rzec, iż nasze nawiązania do tradycji badawczej (ale i do aktualnych koncepcji kultury) częściej są ich krytyką i kontestacją niż kontynuacją. Drugim takim „dwuznacznym patronem” raportu jest przede wszystkim Pierre Bourdieu, którego pojęcia (jak doxa, przemoc symboliczna czy kapitał kulturowy) i pewne konceptualizacje (jak choćby koncepcja gustu estetycznego) wielokrotnie tu wykorzystujemy. Nie podzielamy wszelako (bo nie możemy) jego mocno już dzisiaj – a zwłaszcza w warunkach polskich – anachronicznej wizji kultury wtopionej w hierarchiczną strukturę stabilnego społeczeństwa. Często, chociaż nie bezkrytycznie, odwołujemy się również do koncepcji kanoniczności kultury Andrzeja Szpocińskiego. Kolejnym naszym patronem teoretycznym jest Jerzy Kmita, który proponuje badaczom, by w opozycji do trendów dominujących na przykład w tzw. studiach kulturowych poszukiwali wspólnej płaszczyzny, a nie budowali kolejne podziały oparte na przesłance, że kultura tworzy nade wszystko „różnice”, i tylko one w istocie się liczą. Otóż – avant la lettre – uprzedzamy, że na absolutyzowanie różnic nie pozwolił nam – po prostu – zebrany materiał empiryczny. Warto też dodać, iż – zdaniem Kmity – kultura winna być traktowana serio jako rzeczywistość vorhanden, żeby odwołać się do tradycji Martina Heideggera, przypomnianej ostatnio przez Zygmunta Baumana2. Kmita nie kryje długu, jaki zaciągnął u antropologów społeczno-kulturowych (na przykład u Warda Goodenougha i – szerzej – u tych badaczy inspirowanych ideami niemieckich nauk o kulturze, którzy tworzą konceptualizację świata ludzkiej intencjonalności). Wbrew temu, co możemy przeczytać w pismach niektórych dzisiejszych „koneserów zróżnicowania”, za jakich uchodzą antropolodzy, autor ten nie uważa kultury za pojęcie podejrzane i mało przydatne. Jest stronnikiem i obrońcą takiego rozumienia kultury, sytuującego ją w sferze wiedzy, przekonań, kodów poznawczych, które w szczególności mogą przyjmować postać sądów normatywnych i dyrektywalnych. Kultura jest rzeczywistością mentalną, która charakteryzuje kategorialnie wyodrębnione społeczności. Taką też koncepcję kultury podzielają (oczywiście, w ogólnym zarysie) autorzy tego raportu. Z analitycznego punktu widzenia na jej całokształt składają się zespoły dziedzin techniczno-użytkowych (instrumentalna sfera kultury) oraz kultura symboliczna, którą Kmita woli teraz nazywać (i słusznie) „kulturą operowania symbolami”.

Otwiera się tutaj pole do precyzowania takiego ramowego ujęcia kultury jako wiedzy w najogólniejszym rozumieniu3. Podobnie jak Kmita, nie widzimy powodu, dla którego mielibyśmy rezygnować zarówno z ramowej charakterystyki kultury, jak i z jej szczegółowych, wielostronnych interpretacji. Jak sobie wyobrażamy, dzisiejsze kulturoznawstwo, jeśli nie ma się ograniczać do fajerwerków „różnicowania”, musi wyraźniej łączyć namysł nad teorią z rzetelnymi studiami empirycznymi. W całej rozciągłości dotyczy to zarówno przywołanej, modnej tradycji anglosaskich cultural studies, jak i wielu polskich wariantów „kulturoznawstwa z przypadku”. I jeszcze uwaga ostatnia. Jak wiadomo, składowymi wiedzy o kulturze, obejmowanej mianem kulturoznawstwa, są bardzo różne sfery działań nastawionych na interpretację: kultury tożsamościowe, sztuki plastyczne, literatura, film, telewizja, media elektroniczne, architektura, „kultura konwergencji” itd. Pogłębia się tendencja do szatkowania i specjalizacji wiedzy, rutynowo jedynie klasyfikowanej jako kulturoznawcza. Kulturoznawstwo sprawia dzisiaj wrażenie dyscypliny wiedzy, której ambicją jest nade wszystko „przylegać” do rozczłonkowanej w ten sposób rzeczywistości. Na tej zasadzie bardzo łatwo zinterpretować kolejną filmową premierę, ale bardzo trudno wyjaśnić fakt, że ludzie zwykli robić pewne rzeczy w ustalony sposób, dokonywać takich a nie innych wartościowań, mimo iż rzekomo tworzą już wyłącznie „wspólnoty szatniowe” (por. w szczególności drugą część raportu poświęconą opisowi życia kulturalnego). Tu zasygnalizujmy tylko, że fakt, iż mamy do czynienia z ksenogamią kultur wcale nie oznacza, iż nie wypada już być (lub nie jest się) monogamicznym.

Po drugie, nawiązując do zdań kończących poprzedni wątek, trzeba jeszcze koniecznie zaznaczyć, że wyniki badań co najmniej poddają w wątpliwość wiele obiegowych, potocznych sądów o kulturze współczesnej – co, oczywiście, w całym raporcie staraliśmy się skrupulatnie wykazywać. Raport nie tylko podważa różne przeświadczenia profanów, lecz
i krytycznie odnosi się do wielu mód naukowych, panujących niewątpliwie w diagnozowaniu kultury. Wiadomo na przykład, że „łatwo, lekko i przyjemnie” jest napisać diagnozę opierając się na ciągle popularnych w naszym kraju konceptach tzw. postmodernistycznych (ponowoczesnych) lub którejś z teorii kultury popularnej, spośród obecnie dyskutowanych na naukowych salonach. Łatwo jest pisać o „supermarketyzacji kultury”, o „konsumpcjonizmie w kulturze”, z lekką wyższością przyglądać się krzątaninie „zwykłych” ludzi, którzy muszą sobie radzić ze „zglobalizowaną”– en bloc naturalnie – kulturą popularną. Dodajmy, że niebywała kariera, jaką robią dziś w świecie wspomniane wyżej studia kulturoznawcze, tyleż zadziwia, co przyprawia o ból głowy przedstawicieli humanistyki, którzy uważają, iż kulturoznawstwo to dyscyplina wiedzy o tak nieokreślonym, a przy tym hybrydycznym charakterze, że aż dokładnie nie wiadomo, co mianowicie pragnie ona badać. Któż nie chciałby być dzisiaj profesjonalnym „znawcą kultury”, wszak to zawsze jakoś nobilituje, zwłaszcza gdy zewsząd słyszy się, powtarzany jak mantrę sąd, że „kultura jest wszędzie”, że kultura jest ważna, że wiek XXI będzie „wiekiem kultury” (Hardt, Negri 2005).

Kiedy otworzymy wydane niedawno polskie tłumaczenie, poważnego skądinąd, podręcznika brytyjskich cultural studies, bez trudu znajdziemy potwierdzenie obaw wywołanych przez te modne przekonania. Widać tam bowiem niebywały ekspansjonizm i niefrasobliwość w podejściu do badań, jakie prezentują zwolennicy „kulturowego zwrotu” w humanistyce. Cytowani autorzy powiadają, że zakresy znaczeniowe pojęcia kultury są tak zróżnicowane, iż może ono obejmować „Szekspira, ale także komiksowego Supermana, operę, ale także futbol amerykański, problem, kto zmywa naczynia w domu, ale także strukturę urzędu Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki” (Baldwin i in. 2007, s.24). Co więcej: „Istnieje coś takiego, jak kultura twojej ulicy, twojego miasta, kraju, ale kulturę znajdziemy też na drugim krańcu świata. Dzieci, nastolatki, dorośli i emeryci – wszyscy oni mają własne kultury, zarazem jednak mogą uczestniczyć w kulturze wspólnej” (tamże). Czy w sytuacji tak ogromnej proliferacji sensów pojęcia kultura warto się nim w ogóle posługiwać? Czy istnieje jakikolwiek wspólny mianownik, płaszczyzna, na której są w stanie rozpoznać się i porozumieć kulturoznawcy operujący dowolnie pojęciem aż tak ksenogamicznym, że sprawia wrażenie całkowicie wyzbytego walorów analitycznych? Potrzeba uzyskania odpowiedzi na te i inne pytania jest dobrym powodem uzasadniającym konieczność stałego monitorowania stanu kultury.

Po trzecie – metoda! Jak ognia staraliśmy się unikać pisania z tzw. głowy. Najogólniej przyjętą w raporcie metodologię można wywieść ze zmodyfikowanej na różne sposoby tradycji teorii ugruntowanej (Corbin, Strauss 1997; Konecki 2000; Fatyga 2000b). W każdym razie podstawą przeprowadzonych analiz były: solidna lektura danych, ich wielokrotne kodowanie według kategorii o różnych stopniach ogólności i – dopiero po tych zabiegach – interpretacja oparta na rozumiejącym i „gęstym” opisie. Ponieważ dołączamy, jak to już sygnalizowaliśmy, wiele aneksów, to stwierdźmy tylko jeszcze, iż sądzimy nieskromnie, że kardynalną zasadę jawności warsztatu udało się tu zachować.

Po czwarte – czas realizacji tak dużego przedsięwzięcia był absolutnie niewystarczający. Ma to oczywiście konsekwencje dla kształtu raportu: jest on raczej początkiem analiz zebranego, bardzo wartościowego materiału niż ich ostatecznym rezultatem.

Po piąte: warto zwrócić uwagę na demograficzny, społeczny i kulturowy background grona badaczy (nie tylko przecież autorów raportu) realizujących ten projekt. Są to ludzie albo/i młodzi, albo/i otwarci na dynamizm i zmiany kultury, czynnie w niej uczestniczący i potrafiący korzystać – jak mówili nasi respondenci – z rozmaitych kodów kulturowych. Stąd na przykład metaforyka i ogólniej język raportu jest realizacją słynnego postulatu Clifforda Geertza o potrzebie przejścia w języku humanistyki od dziewiętnastowiecznej metaforyki tłoków i mechanizmów do metaforyki ludycznej: „Czym dla fizyka była dźwignia, tym dla socjologii – powiada Geertz – mogą stać się reguły szachowe”. W szczególności autorzy raportu nie są już na pewno – jak dosadnie wyraża to cytowany autor „psami łańcuchowymi wysokiej kultury” (tamże, s.235), chociaż pozostają admiratorami jej najcenniejszych wartości, które w istocie rzeczy zawsze były kontrkulturowe.




------------------------------------------------------------
1 Próba 22 miast do badania na podstawie którego powstał raport, została dobrana przez prof. prof.
W. Bursztę, B. Fatygę i dr M. Pęczaka, po analizie ich wstępnych charakterystyk kulturowych (między innymi szczegółowych danych o miastach i ofercie działających w nich instytucji zamieszczonych w Internecie). W próbie tej znalazły się: Szczecin, Świnoujście, Poznań, Gorzów Wielkopolski, Wrocław, Polkowice/Lubin, Trójmiasto (reprezentowane przez Sopot), Elbląg, Łódź, Żyrardów, Katowice, Mikołów, Kraków, Wadowice, Rzeszów, Radom, Warszawa, Płońsk, Białystok, Supraśl, Olsztyn, Szczytno. W każdym z miast przeprowadzono średnio po 10 wywiadów
z pracownikami instytucji kultury i z mieszkańcami. W efekcie analizie poddano 207 wywiadów.
2 Pierwszy szkic książki Konieczne serio ironisty (Kmita 2008) kończy się taką oto deklaracją autora, dotyczącą tego, czym zajmie się on w szkicu kolejnym: „Zmierzam mianowicie do prezentacji obszaru, na który w swoim czasie wdarł się człowiek i dzięki temu zaczął konstruować świat i siebie samego. Obszar ten nazywam kulturą” (s. 36). Czyż nie odpowiada to przejściu z realności zuhanden do trudu vorhanden?
3 Zob. rozdziały o tożsamości i świadomości kulturalnej w tym raporcie.
« Październik 2017 »
PnWtŚrCzPtSbNd
1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31

Kultura w internecie


Miejskie powidoki


Partner technologiczny
Orange
Partnerzy
Województwo Małopolskie Urząd Miasta Krakowa
Współorganizatorzy
Uniwersytet Krakowskie
Organizator
NCK
Pod patronatem
Ministerstwo
Partnerzy medialni
Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo Logo